Pierwsza, przedpremierowa recenzja „Mgieł…”. W telegraficznym skrócie.

http://mniejniz0minirecenzje.blogspot.com/2018/02/mgy-przeszosci-cezary-czyzewski_22.html

Reklamy

Okładka „Mgieł przeszłości” i garść informacji.

Dzisiaj rano na mojej skrzynce pocztowej znalazła się przesyłka od pani grafik z ukończonym projektem okładki do drugiego tomu historii o Alazzie. Pozostały nam jeszcze szczegóły na tylną stronę, ale front mogę z przyjemnością – i podziękowaniami dla Ewy – zaprezentować już dzisiaj. Pozostajemy przy prostych formach jak w pierwszej części, bez litrów krwi, mrocznych domów z zapalonym światłem i powyginanymi drzewami w ogrodzie. Zdjęcie oczywiście zapowiada to, co znajdziecie na kartach powieści. Mam nadzieję, że się spodoba.

Mgly_Przeszlosci_cover1.jpg

Ponieważ tegoroczny „Bykon”, na którym planowałem premierę, nie odbędzie się (ku mojemu wielkiemu żalowi), postanowiliśmy z wydawcą na spokojnie dopracować wszystko, by książka ukazała się tak, jak powinna. Tekst jest już u pani redaktor i jak sami zauważyliście, coś na okładkę też mamy. W zanadrzu szykuję jeszcze kilka małych niespodziewanek.

Na początku marca, podobnie jak przed premierą pierwszego tomu, rozpoczniemy zbiórkę środków, które wspomogą nasz budżet wydawniczy. Osoby, które zechcą wziąć w niej udział, otrzymają książkę w pierwszej kolejności, drogą pocztową. Premiera, jeśli nic nie stanie nam na drodze, będzie miała miejsce na początku kwietnia. Szczegóły wkrótce.

 

„Burze na Słońcu” czyli Dziury w Mózgu – moja opinia o książce Agnieszki Ezo Oneir.

Dzisiaj dla odmiany napiszę kilka słów o książce innej, niż moja. Uznałem, że po lekturze egzemplarza z osobistą dedykacją autorki wypada nie tylko przeczytać, ale i podzielić się wrażeniami. Zacznę od tego, że książkę Agnieszki „Ezo Oneir” Mlickiej przeczytałem na wielkim wkurwie, zaledwie w półtora dnia. Nie był to wkurw na autorkę ani na książkę, ale po kolei:

Najpierw formalności. Książka jest ładna, estetyczna, ma 193 strony, wydana została przez wydawnictwo „Poligraf” w systemie wydawniczym Fortunet(TM) cokolwiek to znaczy. Bajkowa, właśnie oniryczna okładka z trochę nieobecną kobietą wśród kwiatów doskonale zapowiada zawartość. Gdyby ktoś jednak miał wątpliwości, jeden z podtytułów jasno wyjaśnia, że jest to „szamańska powieść osadzona we współczesnych realiach”. W zasadzie tak. Realia się zgadzają, z szamaństwem można by podyskutować.

Fabuła rozgrywa się na dwóch, z pozoru odległych od siebie planach, czyli w typowej polskiej korporacji ubezpieczeniowej oraz w typowej polskiej grupie rozwoju duchowego. Sama fabuła jest tutaj może nie tyle szczątkowa, co gra drugorzędną rolę wobec zasadniczej treści, czyli historii o naturalnej dla każdego potrzebie przynależności, poczucia bezpieczeństwa i wreszcie miłości. Tak, jest to książka o różnych miłościach: tej upragnionej, romantycznej z motylkami i fajerwerkami na niebie przez resztę życia. Tej odrzuconej, o kształcie kropel deszczu za oknem i smaku łez. Jest też to historia o miłości do samego siebie, tej chorej, wynikającej z kompleksów, zakopanych problemów z przeszłości i złego egoizmu, jak i tej zdrowej, pełnej zrozumienia dla siebie i akceptacji siebie takim, jakim się jest. Jest to wreszcie historia o ludzkiej naiwności i owczym pędzie do gromadzenia się w stada wokół przewodnika, bez jakiejkolwiek refleksji, czy aby przewodnik nie jest przypadkiem wilkiem w owczej skórze.

Agnieszka pisze dobrze, widać kobiecy styl i punkt widzenia. Postacie są przede wszystkim opisywane ze względu na wnętrze i nie mam tutaj na myśli ludzkich podrobów, zresztą cała książka dotyczy przede wszystkim tego, co ludziom w duszach gra, zwłaszcza gdy do dyrygowania dorwie się człowiek bez słuchu. Widać to zarówno w życiu korporacyjnym jak i sekty… przepraszam – grupy duchowego rozwoju. Język powieści jest gładki, akapity leciały mi przed oczyma bez większych problemów. Po zakończeniu lektury pokiwałem głową, bo książka w żaden sposób nie okazała się stratą czasu, choć – być może ze względu na moje osobiste doświadczenia życiowe – nie stała się objawieniem nowych prawd.

Skąd więc ten wkurw? Z powodu postaci. Agnieszka tak celnie opisuje pewne typy osobowości, że czytając o nich, momentalnie stawały mi przed oczyma analogiczne osoby z mojego własnego życia. Kilka razy złapałem się na tym, że myślałem sobie: „rany, najpierw bym wygarnął mu, co o nim myślę, a potem wyszedł trzaskając drzwiami, tak jak to zrobiłem wobec XYZ. Czemu bohaterowie tego nie zrobią, czy oni mają dziury w mózgach? Przecież ten koleś to ewidentny debil i kanalia!” Po prostu na swojej drodze spotkałem bardzo podobne osoby i stąd moje pełne zrozumienie dla autorki. Bo Agnieszka napisała powieść osnutą na własnych przeżyciach. I wygląda na to, że podobnie jak bohaterka tej historii, wyszła na prostą, by móc podzielić się z czytelnikiem swoimi doświadczeniami. Jakaż to jest ta prosta? A to już przeczytajcie sami.

Autor: Ezo Oneir (Agnieszka Mlicka)
Tytuł: Burze na słońcu
Wydawnictwo: Poligraf
Rok Wydania 2017
193 strony, format A5, okładka miękka, kolorowa.

Kontakt z autorką: https://sesjezdjeciowezklimatem.pl/

 

Drugi tom historii Alazzy napisany!

27907524_815682718615923_6084265085398325330_o.jpg
Dzisiaj zakończyłem pisanie drugiego domu historii Alazzy. Zatytułowałem go „Mgły Przeszłości” i myślę, że tak już pozostanie. Oczywiście czeka mnie jeszcze praca nad dopieszczaniem tekstu i konsultacje z redaktorem, niemniej mogę dzisiaj zdradzić parę szczegółów:
– 192 strony tekstu
– 87 600 wyrazów
– 574 500 znaków
– nowe miejsca
– nowi bohaterowie
Wśród nowych postaci pojawi się ta oto pani. Któż to może być?
posta¦ç czarno bia+éa JUSTYNA poprawione.jpgJustyna

Gorący fragment, na zaostrzenie apetytów przed drugim tomem powieści.

Alazza zdjęła rękę z piersi nagiego mężczyzny, który leżał tuż obok niej na szerokim, dwuosobowym łóżku w bogato urządzonej sypialni. Na stoliku przy oknie stała opróżniona do połowy butelka szampana i dwa kieliszki. Na podłodze, rzucone w nieładzie leżały części garderoby, garniturowe spodnie, koszula ze złotymi spinkami przy mankietach i krawat od Armaniego, przykryty zwiniętymi bokserkami. Damska bielizna i ciśnięty na fotel żakiet w kolorze ciemnego morza były w nie lepszym stanie. Demonica spojrzała przez wielkie, sięgające od podłogi aż po sufit okno na jezioro i pokryte lasem wzgórza na horyzoncie.

Jens Fuchs był miłym człowiekiem, starzejącym się panem po sześćdziesiątce, wciąż jednak pełnym wigoru i chęci życia. Demonica spotkała go poprzedniego dnia, w jednym z gasthausów tuż przy granicy Węgier i Austrii. Herr Fuchs siedział samotnie przy stoliku, spożywając późny obiad przy lampce wina. Wystarczyło kilka chwil, by dostrzegł Alazzę po drugiej stronie sali, złapał jej niby przelotne spojrzenie i delikatny, sugerujący uśmiech. Wkrótce szczupły, wymuskany kelner pod bordową muchą postawił przed demonicą kieliszek rieslinga i cichym, uprzejmym głosem spytał, czy nie miałaby ochoty przyjąć zaproszenia od sympatycznego, samotnego pana, siedzącego po drugiej stronie sali. Alazza jeszcze przez moment trzymała Herr Fuchsa w niepewności, powoli sącząc delikatne wino, po czym wyszła do łazienki, bacznie obserwując zachowanie mężczyzny. Wróciła po kilku chwilach i z uśmiechem przysiadła się do jego stolika. Przedstawiła się jako Marie Kaerstner, doktor archeologii z Wiednia.

Jens Alfred Fuchs był współwłaścicielem jednej z austriackich firm zajmujących się dystrybucją opon samochodowych. Demonica z pełnym zainteresowaniem i fascynacją słuchała jego opowieści o najnowszych typach ogumienia, które wprowadzali do obrotu na terenie kraju. Wystarczyło, że zapytała o różnicę pomiędzy oponami letnimi i zimowymi, by Herr Fuchs pokraśniał ze szczęścia i ze zdwojoną energią zaczął wyjaśniać zapatrzonej w niego brunetce tajniki motoryzacyjnych detali.

Oczywiście przyjęła propozycję poczęstunku i jak na dbającą o figurę kobietę, zamówiła lekką przekąskę z dużą ilością warzyw. Herr Fuchs nie chciał nawet słyszeć o tym, by sama płaciła rachunek i dumnym gestem wręczył kelnerowi złotą kartę kredytową, zaznaczając by nie zapomniał o doliczeniu napiwku. Cóż, Alazza naprawdę poczuła się doceniona.

Nic dziwnego, że zgodziła się na odwiezienie aż do domu w Wiedniu. Nie miała również nic przeciwko temu, gdy w pewnym momencie Herr Fuchs, opowiadając o swojej willi, pięknie położonej nad Jeziorem Nezyderskim, z widokiem na Góry Litawskie, zaproponował, by zamiast odwiezienia do Wiednia, spędzili resztę wieczoru we dwoje, właśnie w jego domu.

Posiadłość prezesa firmy oponiarskiej rzeczywiście wzniesiona była w malowniczym miejscu, pośród podobnych rezydencji, zbudowanych w odpowiedniej, zapewniającej komfort i intymność odległości. Jego granatowy mercedes S600 gładko zatrzymał się na podjeździe, oświetlonym chłodnym światłem ledowych lamp i pan domu szarmancko zaprosił Fräu Kaerstner na krótki spacer dookoła willi. Zapadał już zmierzch, ale równo przycięta trawa w ogrodzie i białe ściany budynku były jasno oświetlone dziesiątkami dyskretnie umiejscowionych światełek. Demonica poznała wzruszającą historię małżeństwa, które rozpadło się z powodu niewierności żony. Wysłuchała opowieści o bolesnym rozwodzie i procesie, który zmusił Herr Fuchsa do pozostawienia byłej małżonce sporej sumy na koncie i zimowego domku pod Innsbruckiem. Dała wyraz swojemu zrozumieniu i współczuciu, po czym zapytała, czy mogą już wejść do środka.

Towarzyszący jej mężczyzna aż kipiał od ukrywanego pożądania. Jego aura spływała na demonicę od samego początku, wzmagając się z każdą chwilą. Wieczór przy muzyce i butelce najlepszego francuskiego szampana skończył się oczywiście w sypialni, gdzie demonica obejmując siwiejącego, dyszącego z podniecenia Herr Fuchsa, wyszeptała mu prosto w twarz, że podniecają ją dojrzali, doświadczeni panowie, najlepiej po rozwodzie. To wystarczyło, by szacowny Austriak zerwał z siebie krawat i koszulę i zaczął gorączkowo rozpinać spodnie. Demonica pomogła mu we wszystkim i razem runęli na szerokie łoże, gdzie Alazza pozwoliła się rozebrać do naga.

Nieświadomy niczego, delikatnie zastymulowany magicznie Herr Fuchs był w stanie dwukrotnie spełnić swoje pragnienia. Demonica za każdym razem spijała z niego energię, rosnąc w siłę. Z początku planowała tylko skorzystać z zaproszenia i dyskretnie wymknąć się o świcie, ale zmieniła zdanie. Gdy wyczerpany pan domu zasnął wreszcie, pochrapując cicho, położyła mu dłoń na piersi. Z każdym oddechem chrapanie stawało się delikatniejsze, a serce biło wolniej i wolniej, aż wreszcie zatrzymało się.

Alazza wstała z łóżka i jedną myślą przywołała rozrzucone ubrania, które zmieniając się w ciemną mgłę, wróciły do jej ciała. Ostatnią rzeczą, jaką zrobiła przed opuszczeniem willi było przepalenie wszystkich mikrokamer, ukrytych w sypialni, dzięki którym Herr Fuchs nagrywał swoje igraszki z kobietami. Nie zapomniała również o komputerze i dysku, schowanych w szafie. Teraz, nasycona i gotowa, mogła ruszyć w dalszą drogę. Do Wiednia zostało jej kilkadziesiąt kilometrów.

Fragment „Mgieł Przeszłości”, drugiego tomu historii Alazzy. 

3f085b5157420bc18098f1d84f74cd42