Pierwsze egzemplarze dotarły!

Dzisiaj, poranną przesyłką kurierską otrzymałem pierwsze dwadzieścia egzemplarzy powieści. Przyznam się, że gdy otworzyłem paczkę i rozłożyłem folię, w pierwszej chwili aż bałem się dotknąć leżących przede mną książek. Moje marzenie, które pielęgnowałem od dzieciństwa, właśnie się spełniło! Własna książka, co prawda nie wydana w renomowanym wydawnictwie z profesjonalną promocją, ale może taka jest droga debiutujących pisarzy w dzisiejszych czasach.

Wkrótce pierwsze egzemplarze pojadą do zamawiających. Dzisiaj też złożę kolejne zamówienie, tym razem na trzydzieści sztuk. Bo lista cały czas rośnie i kolejni chętni czekają.

Dziękuję wam wszystkim i proszę o cierpliwość – każdy otrzyma swoja „Alazzę”.

Burzliwe początki, czyli długa droga do narodzin „Alazzy”.

Nie będzie to tekst o początkach istnienia głównej bohaterki mojej powieści. Byłby to – mówiąc językiem współczesnego internetu – mega spoiler, który wyjaśniłby zbyt wiele z jej historii, a tym samym odarłby ją z tajemnicy i odebrał czytelnikowi część zabawy w domysły. Przyjdzie na to czas pewnie, i to na stronach kolejnej części przygód Alazzy, jeśli zdecyduję się takową pisać. Wszystko zależy oczywiście od odbioru pierwszej powieści i zainteresowania ludzi.

Chciałbym dzisiaj napisać kilka słów o drodze, jaką przeszedłem od pierwszych prób pisania jeszcze jako dzieciak, poprzez teksty na tyle dobre, że chciały je publikować portale internetowe i wreszcie papierowy magazyn fantastyczny „Science Fiction”, który to wspominam z nie mniejszą sympatią, niż naszą klasyczną „Fantastykę” i „Nową Fantastykę”.

Pacholęciem będąc, czyli szczeniakiem z przedszkola, lubiłem bardzo wymyślać historie. Sadzę, że większość dzieci w tym wieku kombinuje i wyobraża sobie różne rzeczy, tak widocznie ma nasz mózg we wczesnym okresie istnienia. Niektórym pozostaje to na całe życie i zostają oni pisarzami, scenarzystami czy reżyserami. Albo lądują w wariatkowie, jeśli ich opowieści za bardzo zazębiaja się ze światem rzeczywistym. Mnie na szczęście ominęła ta wątpliwa przyjemność, choć panie przedszkolanki podobno opowiadały rodzicom, że konfabuluję i kłamię. Cóż… dawno to było, nie ma co się rozwodzić.

W szkole podstawowej jako pierwszy w klasie zacząłem w wypracowaniach stosować konstrukcję dialogu, co pani Ola Odrzygóźdź (mam nadzieje, że wciąż dobrze pamiętam jej nazwisko) zauważyła i pochwaliła mnie przed całą klasą. Żeby nie było, ta sama pani Ola potrafiła wydzierać się na mnie, gdy jej podpadałem, a zdarzało się to często. Nie byłem więc ani klasowym prymusem, ani maminsynkiem. Raczej jednym z enfants terrible SP 21 w Bydgoszczy.

Pierwszym poważnym czytelnikiem mojej pisaniny był pan od polskiego w piątej klasie, nazwiska niestety nie pamiętam, ale budził on mój szacunek na tyle, że do dziś wspominam go z sympatią. Zgodził się on przeczytać moje zmyślone historie bitew morskich na Morzu Śródziemnym podczas II wojny światowej. W tamtym czasie interesowałem się już historią i morzem. Efektem były dwa zeszyty pełne pancerników, samolotów torpedowych i admirałów, dowodzących eskadrami ze swoich stanowisk bojowych. Pan nauczyciel przeczytał i – co było wtedy dla mnie zaskoczeniem i lekkim rozczarowaniem – nie ocenił w ogóle warstwy fabularnej, a jedynie skupił się na formie tekstu. Moje dwa zeszyty wyglądały jak sprawdzian po korekcie: sporo czerwonych poprawek i uwag na temat ortografii, interpunkcji i stylu. Pamiętam też jego słowa, gdy oddawał oddawał mi moją hm… twórczość: „Pisz, Cezary, pisz. Tylko w ten sposób możesz w przyszłości napisać coś naprawdę dobrego”.

Czy „Alazza” jest naprawdę dobra? Sami to ocenicie, czytając powieść.

Następnym tekstem, spłodzonym przez moją, jakże wybujałą w tamtym czasie wyobraźnię, była „Tajemnica piramidy w Machu-Picchu”. Ot, opisane radośnie przygody moich kolegów z klasy i mnie podczas wyprawy do Peru w celu odkrycia skarbu Inków. Efekt moich fascynacji młodzieżowymi powieściami podróżniczymi i prekolumbijską historią Indian. Co ciekawe, nie znałem jeszcze wtedy przygód „Indiany Jonesa”. Oczywiście realna wartość tamtej pisaniny była żadna, ale przyznać muszę, że bawiłem się wtedy świetnie, tworząc całą historię, przeszukując encyklopedie w poszukiwaniu wiedzy o Inkach i ślęcząc nad mapami świata, na których wyznaczałem trasę całej ekspedycji. Bo oczywiście lot samolotem byłby zbyt prostym rozwiązaniem. 😉 Zresztą, moi koledzy z klasy również starali się pisać swoje wizje naszych przygód, to w kosmosie, to podczas wojny w Wietnamie (???).  Wymienialismy się potem zapisywanymi w pocie czoła zeszytami i czytali niestworzone historie, recenzowali się wzajemnie, czasem z sensem, a czasem hejtując okrutnie. Co ciekawe, zeszyty z naszą twórczością prowadziliśmy o wiele staranniej i dbaliśmy o nie o wiele bardziej, niż o zeszyty od języka polskiego…

Rozpisałem się trochę, więc o tym, jak odkryłem fantastykę, napiszę kolejnym razem.

Za Wikipedią : „Juwenilia, iuvenilia (łac. iuvenalis – młodzieńczy) – utwory literackie bądź muzyczne powstałe w okresie dzieciństwa lub młodości twórcy, często pozbawione samodzielnej wartości i traktowane później wyłącznie jako wstęp do jego twórczości właściwej.”

Pierwsze słowa…

Na początku było słowo… albo pieśń. Albo pomysł. Wydaje się, że z tych trzech, właśnie pomysł, idea, jest najważniejsza. Ten blog powołałem do życia za radą kilku osób, w tym nieocenionej  Joanny Czerskiej-Thomas, której rozeznanie w branży, sugestie i poświęcony mi czas były i są dla mnie wielką pomocą i inspiracją. W tym miejscu dziękuję Ci, Asiu, poznanie ciebie rok temu było jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą rzeczą, jaka mi sie ostatnio trafiła!

Dlaczego blog? Skoro, po trzech latach bezskutecznego pukania do drzwi polskich wydawnictw, zdecydowałem się zaryzykować i samodzielnie opublikować „Alazzę” (a wtajemniczeni wiedzą, że to nie jedyna powieść, która zalega mi na dysku), wypadało stworzyć miejsce informacji i komunikacji z ewentualnymi czytelnikami. Ich liczba, od momentu ogłoszenia publikacji książki, powoli ale codziennie rośnie, wydaje się więc, że ma to sens.

Na tym, nazwijmy go „oficjalnym”, blogu czytelnik będzie mógł po pierwsze, skontaktować się ze mną bezpośrednio, po drugie znaleźć aktualne informacje odnośnie tego, co dzieje się z projektem wydawniczym „Alazza” (chociaż na razie ciśnie mi się pod palce słowo „eksperyment”) oraz, po trzecie wreszcie, przeczytać trochę moich swobodniejszych uwag o pisaniu i o szukaniu inspiracji. Pewnie podzielę się też kilkoma pomysłami i faktami ze świata powieści, które wzbogacą i uzupełnią jej obraz, a także wyjaśnią niektóre rzeczy być może niewystarczająco zaakcentowane w samej historii.

Na koniec dziękuję wszystkim znajomym, którzy przez lata znosili moje próby literackie i byli zmuszani do czytania kolejnych kawałków, które wyrywały mi się spod klawiatury. Specjalnie dziękuję Patrycji i Małgośce za cierpliwość przy korektach i redakcji, za adrenalinę podczas kłótni nad poszczególymi zdaniami i za ich bardzo wartościowe opinie, bez których nie dotarłbym do finału.

Maciej Parowski w jednym ze swoich felietonów napisał, że pisarz, mały i duży, sławny i zupełnie nieznany, tworzy zawsze dla kogoś. Zawsze gdzieś w głebi duszy pragnie, by jego słowa zostały kiedyś przeczytane. I że hipokrytami są ci twórcy, którzy twierdzą, że piszą ars gratia artis i że żaden czytelnik nie jest im do szczęścia potrzebny. Zgadzam się z Parówą całkowicie. Piszę dla Was wszystkich i chcę cieszyć się myślą, że moje historie dadzą wam trochę rozrywki, przyjemności, a może i wzruszenia.

Cezary