Burzliwe początki, czyli długa droga do narodzin „Alazzy”.

Nie będzie to tekst o początkach istnienia głównej bohaterki mojej powieści. Byłby to – mówiąc językiem współczesnego internetu – mega spoiler, który wyjaśniłby zbyt wiele z jej historii, a tym samym odarłby ją z tajemnicy i odebrał czytelnikowi część zabawy w domysły. Przyjdzie na to czas pewnie, i to na stronach kolejnej części przygód Alazzy, jeśli zdecyduję się takową pisać. Wszystko zależy oczywiście od odbioru pierwszej powieści i zainteresowania ludzi.

Chciałbym dzisiaj napisać kilka słów o drodze, jaką przeszedłem od pierwszych prób pisania jeszcze jako dzieciak, poprzez teksty na tyle dobre, że chciały je publikować portale internetowe i wreszcie papierowy magazyn fantastyczny „Science Fiction”, który to wspominam z nie mniejszą sympatią, niż naszą klasyczną „Fantastykę” i „Nową Fantastykę”.

Pacholęciem będąc, czyli szczeniakiem z przedszkola, lubiłem bardzo wymyślać historie. Sadzę, że większość dzieci w tym wieku kombinuje i wyobraża sobie różne rzeczy, tak widocznie ma nasz mózg we wczesnym okresie istnienia. Niektórym pozostaje to na całe życie i zostają oni pisarzami, scenarzystami czy reżyserami. Albo lądują w wariatkowie, jeśli ich opowieści za bardzo zazębiaja się ze światem rzeczywistym. Mnie na szczęście ominęła ta wątpliwa przyjemność, choć panie przedszkolanki podobno opowiadały rodzicom, że konfabuluję i kłamię. Cóż… dawno to było, nie ma co się rozwodzić.

W szkole podstawowej jako pierwszy w klasie zacząłem w wypracowaniach stosować konstrukcję dialogu, co pani Ola Odrzygóźdź (mam nadzieje, że wciąż dobrze pamiętam jej nazwisko) zauważyła i pochwaliła mnie przed całą klasą. Żeby nie było, ta sama pani Ola potrafiła wydzierać się na mnie, gdy jej podpadałem, a zdarzało się to często. Nie byłem więc ani klasowym prymusem, ani maminsynkiem. Raczej jednym z enfants terrible SP 21 w Bydgoszczy.

Pierwszym poważnym czytelnikiem mojej pisaniny był pan od polskiego w piątej klasie, nazwiska niestety nie pamiętam, ale budził on mój szacunek na tyle, że do dziś wspominam go z sympatią. Zgodził się on przeczytać moje zmyślone historie bitew morskich na Morzu Śródziemnym podczas II wojny światowej. W tamtym czasie interesowałem się już historią i morzem. Efektem były dwa zeszyty pełne pancerników, samolotów torpedowych i admirałów, dowodzących eskadrami ze swoich stanowisk bojowych. Pan nauczyciel przeczytał i – co było wtedy dla mnie zaskoczeniem i lekkim rozczarowaniem – nie ocenił w ogóle warstwy fabularnej, a jedynie skupił się na formie tekstu. Moje dwa zeszyty wyglądały jak sprawdzian po korekcie: sporo czerwonych poprawek i uwag na temat ortografii, interpunkcji i stylu. Pamiętam też jego słowa, gdy oddawał oddawał mi moją hm… twórczość: „Pisz, Cezary, pisz. Tylko w ten sposób możesz w przyszłości napisać coś naprawdę dobrego”.

Czy „Alazza” jest naprawdę dobra? Sami to ocenicie, czytając powieść.

Następnym tekstem, spłodzonym przez moją, jakże wybujałą w tamtym czasie wyobraźnię, była „Tajemnica piramidy w Machu-Picchu”. Ot, opisane radośnie przygody moich kolegów z klasy i mnie podczas wyprawy do Peru w celu odkrycia skarbu Inków. Efekt moich fascynacji młodzieżowymi powieściami podróżniczymi i prekolumbijską historią Indian. Co ciekawe, nie znałem jeszcze wtedy przygód „Indiany Jonesa”. Oczywiście realna wartość tamtej pisaniny była żadna, ale przyznać muszę, że bawiłem się wtedy świetnie, tworząc całą historię, przeszukując encyklopedie w poszukiwaniu wiedzy o Inkach i ślęcząc nad mapami świata, na których wyznaczałem trasę całej ekspedycji. Bo oczywiście lot samolotem byłby zbyt prostym rozwiązaniem. 😉 Zresztą, moi koledzy z klasy również starali się pisać swoje wizje naszych przygód, to w kosmosie, to podczas wojny w Wietnamie (???).  Wymienialismy się potem zapisywanymi w pocie czoła zeszytami i czytali niestworzone historie, recenzowali się wzajemnie, czasem z sensem, a czasem hejtując okrutnie. Co ciekawe, zeszyty z naszą twórczością prowadziliśmy o wiele staranniej i dbaliśmy o nie o wiele bardziej, niż o zeszyty od języka polskiego…

Rozpisałem się trochę, więc o tym, jak odkryłem fantastykę, napiszę kolejnym razem.

Za Wikipedią : „Juwenilia, iuvenilia (łac. iuvenalis – młodzieńczy) – utwory literackie bądź muzyczne powstałe w okresie dzieciństwa lub młodości twórcy, często pozbawione samodzielnej wartości i traktowane później wyłącznie jako wstęp do jego twórczości właściwej.”

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s