O muzyce do pisania (i czytania) słów parę.

Ostatnio złapałem się na tym, że automatycznie kiedy siadam do pisania, włączam sobie muzykę. Mam kilka playlist, w zależności od nastroju i potrzeby wybieram jedną z nich. Myslę, że wiele osób tak robi podczas swojej pracy. Są oczywiście ludzie, którzy preferują cisze i skupienie, są też tacy, którym do szczęścia wystarczy radio grające reklamami podpasek i środków na hemoroidy, obojętnie co, byle coś w tle bzyczało. 😉

No, ja do nich nie należę. Powiem szczerze, że nawet ciężko jest mi się skupić przy piosenkach, ponieważ często zaczynam wsłuchiwac się w tekst i dekoncentruję się. Dlatego zdecydowanie preferuję czystą muzykę. Choć też nie zawsze, bo bywaja chwie, kiedy potrzebuję mobilizującego kopa i wtedy nie ma jak metal, puszczony na kilka chwil.

A propos metalu, pamietam jak dobre dwadzieścia lat temu, gdy byłem na pierwszym roku studiów, siedziałem w moim wiecznie niedogrzanym pokoju i słuchałem ManOwaR. Tak, to była (i nadal jest) moja pierwsza kapela metalowa. Wcześniej, co ciekawe, nie lubiłem tego gatunku muzyki, uważając że to bezmózgi łomot dla długowłosych chudzielców w jeansach i białych adidasach. Przypominam, że były to lata dziewięćdziesiate XXw, wygląd poszczególnych plemion wyglądał nieco inaczej, niz dziś. Słuchając jakiegoś mrocznego i ociekającego piekielnym wrzaskiem i szczękiem łańcuchów („Demon’s whip” to chyba było) kawałka nagle zapragnąłem napisać coś co pasowałoby do tej muzyki. I w ten sposób powstało opowiadanie „Kaprys”. W sumie niezłe, ale dzisiaj napisałbym je inaczej. Niemniej zacząłem wtedy doceniać rodzaj muzyki w trakcie pisania. Podobnie zresztą jak w RPG, gdzie dla mnie bardzo waznym był nastrój w trakcie sesji. Stąd własnie, zawsze gdy staram się coś pisać, wspomagam swój umysł własciwą muzyką. Nawet podczas pisania pracy magisterskiej, wspomagałem się Enyą i Clannadem, bo średniowiecznie brzmiały, a temat miałem własnie średniowieczny.

Z „Alazzą” było tak samo. Do tego stopnia nawet, że pisząc poszczególne sceny, puszczałem sobie zapętlone utwory, by bardziej wczuć się w klimat danego fragmentu. I tak, gdy postacie zagłębiają się w ciemne korytarze podbydkoskich schronów, w tle leciał „Sabaton”, bo było wojennie, hitlerowsko i w ogóle militarnie. Wszak dawna fabryka DAG Bromberg powstała w trakcie wojny i produkowała amunicję.

Z kolei opisując wydarzenia w stadninie, pamietam że dałem sobie w ucho kilka ezoterycznie brzmiących utworów z klimatów Dalekiego Wschodu, harmonii i równowagi energetycznej ducha. Przynajmniej do finału, bo wtedy chyba akurat wrzuciłem jakiś ciężki klimat filmowy, stawiam na „Gladiatora” albo „Ostatniego Samuraja”. Tak, muzyka filmowa doskonale pasuje mi jako podkład.

Tutaj muszę wspomnieć o dwóch zespołach (?), twórcach (?) muzyki filmowo-symfoniczno-elektronicznej. Ciężko na dobrą sprawę mi określić dokładnie nurt tej muzyki, niektórzy nazywają ją muzyką epicką (trochę niezręcznie), inni po prostu filmowo-trailerową. W każdym razie to zdecydowanie więcej, niż tylko twórcy muzyki filmowej, bowiem komponują swoje własne albumy, które zdobywaja uznanie miłośników tego gatunku. W tym i moje. Mowa o „Two Steps From Hell” Thomasa Bergersena i „Immediate Music” . W przypadku drugiej wytwórni trudno podać konkretne nazwisko, bowiem działa tam wielu kompozytorów, a znamy ich różnych filmów hollywoodzkich. W każdym razie to dzięki nim finałowe sceny „Alazzy” wyglądają tak, jak wyglądają. Bergersen zresztą towarzyszył mi ze swoimi płytami „Invincible” , „Illusions” , „Skyworld” i „Sun” przez cały czas pisania, chociaż ścisły finał, łącznie z retrospekcją w Jerozolimie (kto czytał ten wie) to zasługa Immediate Music (występującego też pod nazwą „Globus”) i ich „Mighty rivers run” ,  oraz „Crusaders of Light” .

Cóż powiedzieć, bez muzyki nie byłoby „Alazzy”.

 

Reklamy

(Na) czym jeżdżą chłopcy z „Alazzy”, czyli jak zbieram materiały do powieści.

Ostatnio było trochę metafizycznie i formalnie, dlatego dzisiaj postanowiłem napisać co nieco o warsztacie. Samochodowym i pisarskim.

Przygotowując jakikolwiek tekst można oczywiście wykonać ostry start, siąść do klawiatury i zacząć pisać prosto z głowy, ale lepiej będzie najpierw poszperać w materiałach i poszukać trochę faktów i wskazówek. Zyska na tym świat przedstawiany w historii, a i uniknie się ewidentnych błędów, które później z radością wytkną czytelnicy. Poza tym, samo poszukiwanie „mięska” może stać się pożywką do nowych pomysłów fabularnych.

Przykładem moich poszukiwań było wymyślanie środków lokomocji dla poszczególnych bohaterów. Nie jestem specjalistą od motoryzacji, tym bardziej wypadało co nieco poczytać o maszynach, które będą słuzyć postaciom z powieści. Wcale nie musiałem godzinami wertować magazynów o czterech, czy dwóch kółkach, wystarczyło kilka podstawowych informacji. Po kolei:

Tadeusz Siekierski – główny bohater, facet któremu nie do końca w życiu wyszło to, co sobie planował, ale generalnie spadł na cztery łapy. Codzienność uczelni stara się urozmaicać hobby w postaci historii okultyzmu i magicznych spraw. Trochę pracował w Anglii, więc mógł z zaskórniaków kupić sobie coś lepszego, niż starego Golfa. A jego wciąż buntownicza dusza lubi czasem wyrwać się poza miasto i poczuć wolność. Jest singlem (przynajmniej na początku historii 😉 ) i nie ma dzieci. Lubi zrobić wrażenie na otoczeniu. Czym taki facet mógłby jeździć? Ach, zapomniałem napisać, że lubi posłuchać rocka i metalu. A więc Harley Davidson, nie najnowszy, bardziej klasyk ale bez przesady, Siekiera nie jest geekiem motoryzacyjnym, gotowym spędzać długie godziny w warsztacie, by jego maleństwo dobrze prezentowało się na zlocie motocyklistów.

harley.png

Marka: Harley-Davidson
Model: Softail
Rok produkcji: 2006
Pojemność skokowa 1 600 cm3

Roman Liszkiewicz – leśniczy, od pewnego momentu nieobecny na kartach powieści, ale (mały spoiler) wróci w drugiej części. Człowiek, który swoje najlepsze lata ma za sobą, szaman, wolny duch, mógł już dawno wylądować na ciepłej posadzie w nadleśnictwie albo i w Dyrekcji Lasów Państwowych, ale lubi swoją robotę, więc nie pchał się wyżej. Ma sentyment do Rosji, a zwłaszcza Syberii, gdzie spędził trochę czasu. Wybór może być jeden – dobry UAZ.

uaz

Marka: UAZ
Model: 649b
Rok produkcji: 1991
Pojemność silnika: 2445 cm3, 70 KM
Własne przeróbki w wykonaniu Romana, włączając w to dziwne znaki na silniku, wewnętrznej stronie karoserii i małą czaszkę jakiegoś ptaka wiszącą pod lusterkiem.

Bartosz Misiewicz – reporter ezoteryczny, dziennikarz śledczy. Gdyby nie jego zdrowy dystans i trzeźwe podejście do wielu spraw, pozwalające oddzielać ziarna od plew, można byłoby zakwalifikować go do znanej wszystkim grupy ezo-ufo-świrów doszukujących się wszędzie teorii spiskowych, śladów lądowań UFO, manifestacji bytów astralnych i dowódów na to, że Amerykanie nie byli na Księżycu, lub mają tam zaawansowaną bazę kosmiczną, ale ukrywaja ten fakt przed opinia publiczną itd. etc. Niezależnie od wszystkiego, Misiewicz musi jeździć po Polsce i Europie, oszczedzając na paliwie, noclegach i w ogóle rachunkach. A że za młodu słuchał Boba Marleya i trochę hipisował, do dziś nie może się zdecydować, czy jest bardziej dzieckiem kwiatem, czy dzieckiem ziołem. Zapatrzony w wolność młodych ludzi w latach 60 i 70-tych wybrał sobie zielonego, klasycznego ogóreczka z rodziny Volkswagenów, którego zaopatrzył w małą kuchenkę gazową, szafkę, zbiornik na wodę pitną, biblioteczkę książek i płyt i nalepkę na tylnych drzwiach „Alien Inside”.

VW.jpg

Marka: Volkswagen
Model: T1
Rok produkcji: 1967
Pojemność silnika: 1.6
Znaleziony gdzieś pod Frankfurtem w czasie jednego z letnich wypadów z kumplami od zioła. Zakupiony za grosze (a w zasadzie centy), wyremontowany i wyposażony już w Polsce w okolicach Zielonej Góry, skąd pochodzi Misiewicz.

Dziękuje Kamilowi za pomoc i uwagi przy szukaniu odpowiednich modeli samochodów i motocykla.

Podsumowanie dwóch miesięcy projektu

Kilka dni temu minęły dwa miesiące od momentu, gdy „Alazza” pojawiła się w postaci książki. Z kilku powodów wybrałem akurat ten moment na pierwsze podsumowanie. Zanim jednak przejdę do rzeczy, najpierw w tym miejscu chciałbym podziękować:

  • Wszystkim osobom, które zdecydowały się na zakup powieści, zarówno w postaci papierowej jak i elektronicznej. To dla Was cały ten bałagan. Gdyby nie Wasza życzliwość, wyrozumiałość i wsparcie, pewnie odpuściłbym sobie całą tę historię. A tak, czuję się zmotywowany nie tylko do dalszej pracy nad wydawaniem „Alazzy” ale i do dalszego pisania. 
  • Wszystkim moim znajomym, którzy poświęcili swój czas na czytanie wersji roboczych i dzielili się ze mną swoimi uwagami. Cenię je sobie bardzo, zarówno te pozytywne jak i krytyczne. Chcę, by z każdym dodrukiem książka wyglądała lepiej i bardziej profesjonalnie.
  • Wszystkim, którzy użyczyli mi swojego doświadczenia, talentu graficznego i wiedzy dotyczącej projektowania strony graficznej. Nie jestem fachowcem w tej dziedzinie, tym bardziej doceniam poświęcony przez Was czas na dopracowywanie czy okładki czy ulotek i plakatów reklamowych.
  • Wszystkim recenzentom, którzy zadali sobie trud nie tylko przeczytania powieści, ale i spisania swoich uwag w postaci artykułów, czy na osobistych blogach, czy na portalach. Oczywiście podziękowania należą się też tym, którzy ostatnio otrzymali egzemplarze i wciąż czytają. Mam nadzieję, że wasze oceny będą łaskawe i nie będe musiał ze wstydu skakać do Brdy z najbliższego mostu. 😉
  • Każdej osobie, która dobrym słowem czy drobną uprzejmością dołożyła swoją cegiełkę do projektu.

Bez was byłoby mi o wiele trudniej. Dziękuję!

Pierwsze podsumowanie nie jest dla mnie łatwe, choćby z tego powodu, że wszystko robiłem i robię po raz pierwszy, nie mam punktu odniesienia. Wszystkie działania opieram na doświadczeniach innych selfpublisherów, którzy zdecydowali się opisać je w artykułach na sieci. Była i jest to dla mnie pewna wykładnia tego, co i jak powinienem robić, by osiągnąć powodzenie. Czy mi sie udało? Jak napisałem – nie wiem.

„Alazza” żyje od dwóch miesięcy. W tym czasie, startując od samego zera i rozpoczynając sprzedaż od zbiórki funduszy na pierwsze zamówienie w drukarni, udało mi się sprzedać 45 egzemplarzy drukowanych. Pozostałe 7 to książki wysłane do recenzji, zarówno do portali zajmujacych się literaturą fantastyczną, jak i wolnych strzelców. Jedna sztuka oczywiście stoi u mnie na półce.

Nie jestem w stanie ocenić wielkości sprzedaży wersji e-book, raporty okazują się spływać z opóźnieniem, nie mam żadnej możliwości weryfikacji realnego obrotu. Na dzień dzisiejszy w statystykach mam sprzedany 1 (słownie: jeden) e-book, mimo że wiem z własnych źródeł, że przynajmniej 5 osób zdecydowało się na ich zakup. Liczę na to, że księgarnie internetowe z czasem przedstawią realne wyniki sprzedaży.

Finansowo nie zakładałem i nadal nie zakładam jakiekogolwiek konkretnego zarobku. Oczywiście trudno, żebym dokładał do projektu, ale wszystkie środki, które spłynęły na moje konto lub do portfela przeznaczam cały czas na inwestycje: kolejne dodruki, przygotowywanie ulotek i plakatów i reklamę w mediach. Skromne to środki, ale cały czas mam na uwadze, że dopiero się rozkręcam i liczę, że z czasem będe mógł pozwolić sobie na więcej.

Odrobina statystyki: Blog odwiedziło od początku istnienia ponad 760 osób, z czego system wykazał 350 unikalnych wejść. Fanpage na Facebooku polubiło 125 osób (przy 40 sprzedanych egzemplarzach pokazuje to skalę wartości fejsbukowych polubień w przełożeniu na realne wyniki). Warto w tym momencie podać efekty miesięcznej reklamy na tym serwisie społecznościowym. Wykupiłem niewielki pakiet, za 90 złotych, na próbę. Po stworzeniu dwóch typów reklamy – zachęcającej do kupienia książki oraz promującą markę, czyli docelowo blog autorski – i ustawieniu grupy docelowej osób zainteresowanych fantastyką, horrorem, urban fantasy i romansem paranormalnym (piękne hasło!), wynik wyświetleń reklamy przekroczył 45.000, ale już odwiedzeń strony po kliknięciu na nie – tylko 140. Jak reklama przełożyła się na sprzedawalność? Otóż statystyki pokazują, że ilość osób, które FB miał zachęcic do kupna książki wynosi: 0. Słownie: zero. Wygląda więc, że albo niewłaściwie opracowałem reklamę (co jest możliwe i przyznaję to, bo specem od marketingu nie jestem), albo za mało zainwestowałem, być może należało przeznaczyć na reklamę 900, a może 9.000 złotych. Jest też trzecia możliwość: osławiona reklama na Facebooku jest najzwyczajniej przereklamowana. 😉 Na chłopski rozum: przy wydatku 90 złotych i cenie 30zł za jedną książkę, zwrot powinien nastapić przy kupnie 3 egzemplarzy, tymczasem pieniądze te poszły w błoto, lub może lepiej – w kieszeń właściciela FB. Jedynym pozytywnym wynikiem może być rozprzestrzenienie marki, czyli tytułu powieści w świadomości ludzi, co być może w przyszłości zaowocuje większym zainteresowaniem. Na dzień dzisiejszy uznaję kampanię na FB za porażkę. Szkoda trochę tych dziewięciu dych, ale człowiek uczy się na własnych błędach.

O czym jeszcze warto wspomnieć? Na moje maile odpowiedziało kilka portali zajmujących się fantastyką. Dziękuję za zainteresowanie Valkirii, Gildii.pl, Poltergeistowi i Esensji. Jak sie okazuje, mimo nowych twarzy, stare marki nie wymiękają. 😉

To tyle podsumowania. Jak ono wypada? Osobiście czuję pewien niedosyt, co jest oczywiste. Patrzę realnie na swoje możliwości i nie mnie oceniać poziom powieści, ale zawsze może być lepiej. Cieszę się, że czytelnicy raczej pozytywnie oceniają książkę, do tej pory dotarła do mnie tylko jedna ocena, cytuję: „kiepska”. No, ale wiadomo, że nie da się wszystkich zadowolić. Pewnie podobnych głosów będzie w przyszłości więcej i najzwyczajniej muszę się na to przygotować.

Plany na przyszłość? Aktualnie sprzedaż siadła, co mogę tłumaczyć okresem świątecznym lub wyczerpaniem się „efektu świeżości”. Ja sam trochę też wystrzelałem się z pomysłów, muszę przemysleć te dwa miesiące i wyciągnąć wnioski. Temu między innymi ma służyć to podsumowanie. Przygotowuję się jednak do dalszych działań. Jak wiadomo, siedzę nad drugą częścią, ale kiedy ją skończę, bogowie tylko wiedzą. Jeśli chodzi o kolejne dodruki, udało mi sie nawiązać współpracę z małym wydawnictwem z Warszawy, dzieki któremu sformalizuję cały proces zamówień i dystrybucji i będe mógł legalnie udostępniać „Alazzę” księgarniom. Przygotowujemy też poprawioną wersję, wiem że kilka literówek i błędów przedostało się przez korektę, wyłapuję je sukcesywnie. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, w lutym, a najpóźniej w marcu książka powinna być dostępna w pierwszych księgarniach. Nie w całym kraju niestety, ale pierwszy krok został zrobiony. Tymczasem nadal funkcjonuje możliwość zakupu u mnie, poprzez zrzutkę.pl . W planach mam kilka spotkań autorskich, także poza Bydgoszczą, a kolega Artur Machlowski odgrażał sie nawet, że jakiś konkurs na Valkirii zorganizuje, gdzie nagrodą ma być właśnie „Alazza”.

faustuswoodcutlarge

Na rycinie: Doktor Faust przywołuje demona statystyki. 😉

Słów kilka o magii w „Alazzie”

Pisząc „Alazzę” odwoływałem się do mojej wiedzy z zakresu kultury europejskiej i bliskowschodniej, także tej wiedzy, której niekoniecznie uczy się na studiach, przynajmniej na poziomie magisterskim. Oczywiście miałem ten luksus, że powieść jest fikcją literacką, a nie pracą naukową, gdzie należy dochować wierności zasadom logiki, zgodności ze źródłami i tak dalej. Dlatego korzystałem szeroko z elementów związanych z magią judeochrzescijańską, odniesieniami do Biblii i ksiąg apokryficznych lub tekstów żydowskich lub arabskich. Ba, samo imię bohaterki, Alazza, to Al-Azza lub Al-Uzza(h), imię istniejące w rzeczywistości. I żeby w tym chaosie informacji prawdziwych i fikcyjnych znalazł się jakiś sens, musiałem opracować swoją wizję, czy też koncepcję świata przedstawianego w książce.

Postaram się uzupełnić i dopowiedzieć kilka spraw, które mogłyby wydawać się niezrozumiałe czytelnikom nie znającym nazwisk Johna Dee czy Edwarda Kelley’a, a język enochiański kojarzą z chińskim. 😉 Oczywiście nie będę wyjawiał wszystkiego, nie dlatego, że to mroczne tajemnice sekretnych bractw, ale dlatego, żeby nie psuć czytelnikom przyjemności samodzielnego poszukiwania śladów Alazzy w otaczającym nas świecie. No i oczywiście nie chcę pozbawiać Was dreszczyku emocji, gdy będziecie sięgać po ciąg dalszy przygód naszej demonicy.

Zacznijmy od podstaw. Tadeusz Siekierski lubi mawiać, że grawitacja jest prawem powszechnym, a więc jeśli istnieje piekło, tam też musi obowiązywać. No, chyba że działają tam inne prawa, mogące niwelować powszechną tendencję materii (a jak pokazują odkrycia fizyczne, także energii) do skupiania się, odchylania i gromadzenia. I to jest podstawowe założenie swiata powieści – to, co możemy nazwać magią, czy też zjawiskami magicznymi, jest jak najbardziej naturalną częścią świata (świata powieści oczywiście), podlega zasadom logiki i zrozumienia, a jeśli ludzkość nie dostrzega tych zasad, to po prostu jeszcze nie zrozumiała istoty zjawisk, zaliczanych do magii. Wyjaśnia to Alazza w jednej ze scen, pozwalając Tadziowi spojrzeć na świat tak, jak ona – byt demoniczny i z natury niematerialny – go postrzega. Ludzie są zbyt ograniczeni swoją fizycznością, by widzieć fale radiowe czy słyszeć ultradźwięki. Nie potrafimy dostrzec radioaktywności pierwiastków nie mając do tego przyrządów. Z magią ma być podobnie – bez specjalnych przyrządów lub technik nie jesteśmy w stanie jej dostrzec, sprawdzić i zmierzyć.

Jakie byty zamieszkują świat? Oczywiście bogowie. O kilku z nich jest mowa w powieści, a bedzie więcej. 😉 Nastepnie istoty stworzone przez bogów, takie jak demony (czyli anioły i diabły na przykład). Poza tym, cała masa bytów powstałych samoistnie, powiedzmy według praw ewolucji, która obowiązuje też w świecie niematerialnym. Gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla ludzi, zwierząt i roślin? Pozostawię to pytanie celowo bez odpowiedzi. Być może znajdziecie ją w drugiej części historii…

Alazza przybywa do naszego świata, a raczej nie tyle przybywa, co przybiera materialną postać. Ta magia działa na zasadzie zmiany energii w materię, Albert Einstein uśmiecha się w tym momencie z zadowoleniem zza grobu, a my pozdrawiamy go serdecznie. Ile energii potrzebne jest do stworzenia ponętnego ciała demonicy, jej rozwianych włosów i lśniących zielenią oczu? Dużo. Zachęcam jakiegoś ogarnietego fizyka do wykonania obliczeń, być może wykorzystam je w przyszłości, w każdym razie z góry wyjaśniam, że Alazza korzysta nie tylko z energii będącej w naszym świecie, ale też z innych zasobów. Jakie to zasoby? Być może czerpie z innych wymiarów, może bezpośrednio z promieniowania kosmicznego, a być może należałoby wskazać na znaną naukowcom od jakiegoś czasu tak zwaną Ciemną Energię. Kto wie, może Nikola Tesla mógłby służyć wyjaśnieniami, niestety genialny Serb nie żyje od kilkudziesięciu lat, a sama Alazza nie chciała mi tego jasno powiedzieć. Fuknęła coś gniewnie, że i tak nie zrozumiem, albo mózg mi się zlasuje. Pewne rzeczy muszą więc pozostać w sferze domysłów, zarówno czytelników, jak i autora. 😉

Czy chcielibyście dowiedzieć się czegoś jeszcze? A może macie jakieś konkretne pytania odnośnie magii w powieści? Ktoś może znalazł coś, co w jego mniemaniu jest nieścisłością? Zapraszam do kontaktu i zostawiania komentarzy. Jeśli takowe się pojawią, postaram się odnieść do nich następnym razem.

8586cd4f1db1db9f6ad14f319cc390e7

Sigillum Ameth