Parszywy los autorów, czyli o wydawcach, Empikach i nie tylko.

writer.jpg

Dzisiaj trafiłem na tekst Sylwi Kubryńskiej, jednej z polskich autorek, która wprost i dość bezpośrednio opisuje swoje doświadczenia z wydawcami oraz z największym dystrybutorem i sprzedawcą książek w Polsce. A że największy może być tylko jeden, więc z pewnością domyślacie się, o jaką firmę mi chodzi. Tak, o Empik.

Zachęciło mnie to do napisania kilku słów, jako że po pierwsze miałem kiedyś bezpośrednią możliwość obserwacji działań tej firmy w praktyce, po drugie, w jakiś sposób temat pośrednio dotyczy równiez mnie. Ale po kolei.

Nie będę streszczał tekstu autorki, zajrzyjcie sami na jej stronę: https://kubrynska.com/2018/11/30/tajemnica-handlowa-empiku/ , naprawdę warto zapoznać się nie tylko z tym wpisem, ale i z innymi. Mnie interesuje przede wszystkim kwestia, czy da się cokolwiek zrobić z tym problemem, czy tak już po prostu będzie, bowiem życie jest jak ocean – pełne małych rybek i wielkich rekinów. Przyznam się szczerze, że osobiście nie mam pomysłu, jak to zmienić, nie mam też w sobie zapału rewolucjonisty. Być może jedyną drogą jest po prostu robienie swego.

Piszę dla ludzi. To truizm i oczywista oczywistość. Czy chciałbym na tym zarabiać? No pewnie. Czy zarabiam? Nie. Cieszę się, że już nie muszę dokładać, drobna, detaliczna w sumie sprzedaż obu dotychczasowych powieści wystarcza, by przychody bilansowały się z wydatkami. Oczywiście, zależy mi, jak wszystkim autorom, by książki docierały do jak największej liczby czytelników. Dróg jest kilka, ja wybrałem małą, pokręconą ścieżkę będącą tak naprawdę połączeniem selfpublishingu ze współpracą z niedużym wydawnictwem. I tylko dzięki naprawdę wielkiej życzliwości tego zespołu oraz kilku dobrych dusz np. z Bonito.pl, jestem, gdzie jestem. Cały czas jednak rozglądałem się i rozglądam za większym wydawcą, który ma silniejsze przełożenie na reklamę i dystrybucję. Wiadomo, duży może więcej. Tutaj jednak zaczynają się schody znane każdemu, zwłaszcza „niskolevelowemu” autorowi. Przebić się do takiego wydawnictwa, zainteresować je swoim pomysłem jest trudno z wielu powodów. I jakość pisanego tekstu wcale nie jest najważniejszym kryterium, jak się okazuje. Ale to inny temat, na inną dyskusję.

Można zaciskając zęby z jednego końca, a odbyt z drugiego, konsekwentnie pukać do coraz to innych drzwi, licząc że za którymś razem się uda. Problem w tym, co Sylwia opisuje, nawet jeśli się uda, to w efekcie może okazać się, że to nie do końca to, co sobie wymarzyliśmy. Zrozumiałe są obiektywne trudności, ale jeśli okazuje się, że wydawca, który jakby z definicji powinien być sprzymierzeńcem autora, nie postępuje z tymże autorem uczciwie, trochę to podcina skrzydła i każe zadać sobie pytanie o sens dalszych działań.

Agnieszka, moja znajoma z podwórka, wspominałem w innych wpisach o jej „Burzach na Słońcu”, po swoich doświadczeniach zdecydowała się samodzielnie założyć wydawnictwo, by opublikować kolejną książkę. Oczywiście życzę jej jak najlepiej, dziewczyna ma jaja większe niż arbuzy, ale znając realia wiem, że nie będzie miała łatwo. Zobaczymy jak sobie poradzi.

Ostatnio miałem okazję poznać nieco osób z kręgów wydawniczych i liczyłem, że nowe kontakty pozwolą popchnąć projekt „Alazzy” na nowy poziom, albo co najmniej na nowe tory. Z początku wydawało się, że wszystko jest miodowe i idzie ku dobremu, niestety znów, rzeczywistość okazała się skrzecząca i zwyczajna. Czy mnie to zniechęca? Do pewnego stopnia. Podobnie jak Sylwia i Agnieszcza zaczynam sobie zadawać to samo pytanie, czy warto wysilać się i starać o względy wydawców (którzy mając nadmiar tekstów do wzięcia moga dowolnie w nich wybierać), czy może jednak pozostać na obranej ścieżce i „bez łaski” dalej robić dwoje, nawet jeśli w ten sposób pozostanę na marginesie. W końcu, jak wspomniałem na początku, piszę dla czytelników, a nie dla wydawców. I to oni, w ostatecznym rozrachunku, ocenią i zadecydują czy moja praca była i jest cokolwiek warta. Tak, o was mówię, czytelnicy. Każda Wasza uwaga, każdy feedback jest dla mnie ważniejszy, niż cokolwiek inne.

Na zakończenie opowiem historię z Empikiem, której pośrednio byłem częścią. Być może już kiedyś i gdzieś o tym wspominałem, trudno, najwyżej się powtórzę. Lat temu kilkanaście brałem udział w przygotowaniu i wydaniu systemu RPG, którego nazwę z litości pominę, wtajeniczeni wiedzą o co chodzi. Ale nie jego poziom jest tutaj najważniejszy, tylko to, w jaki sposób największa w polsce firma sprzedająca książki postąpiła z wydawcą. Gdy produkt był już gotowy, została podpisana umowa o umieszczeniu go w księgarniach Empiku. Szczegółów umowy nie znam, niemniej zasadniczo wydawca zapłacił Empikowi z góry za – oficjalnie – kampanię promocyjną, której tak naprawdę prawie było. Przede wszystkim umowa miała obowiązywać pół roku. Z możliwością przedłużenia. W innym przypadku, po sześciu miesiącach niesprzedane książki miały wrócić do wydawcy, wraz z pieniędzmi za sprzedane egzemplarze. Z pozoru wszystko odbyło się tak, jak opisałem, pomijając fakt, że Empik nie był w stanie rozliczyć się ze wszystkich egzemplarzy, ale też nie miał zamiaru płacić, wynajdując najróżniejsze powody, albo najzwyczajniej ignorując korespondencję. Formalnie jednak po sześciu miesiącach wspomniany system RPG miał zniknąc z półek sklepowych.

Jakież było moje zaskoczenie, gdy kolejne sześć miesięcy później, zupełnie przypadkowo odwiedzałem Empik w pobliżu gdańskiego dworca PKP i trafiłem na półce w dziale gier fabularnych na… naszą książkę! NIE POWINNO JEJ TAM BYĆ OD PÓŁ ROKU! Możliwości były dwie: albo w tej firmie mają burdel i sami nie ograniają swojego asortymentu, albo… najzwyczajniej w świecie, w biały dzień okradają swoich kontrahentów. Bo mam niejasne przeczucie, że nasz przypadek wcale nie był wyjątkiem…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s