Piwnica – opowiadanie

Debiut autorski, opublikowany w „Science Fiction” 01 (46) 2005

Piwnica_cover

Spotkałem Tadeusza jakiś czas temu. Nie widziałem go dobrych kilka lat. Studiował w Toruniu, na Wydziale Sztuk Pięknych. Wrócił do Bydgoszczy i szczerze powiedziawszy nie wiem, czym się zajmował do tej pory. Letnia prak­tyka po pią­tym roku studiów zmieniła go bardzo. Bardziej nawet niż śmierć ojca, ponad pół roku wcześniej. Stał się skryty i małomówny. Zdarzało mu się być takim i przedtem, ale zwykle pełen był wigoru i chęci do życia. Kiedy roz­mawiałem z nim po wakacjach, gdzieś na przełomie września i października, wydawał się zupełnym przeci­wieństwem siebie sprzed kilku lat. Nie bawiły go dawne żarty, mówił cicho, jakby będąc wiecznie zamyślonym. Nie wy­trzymałem długo. Zapytałem go wprost, co się stało, myśląc, że szczera rozmowa z przyjacielem pomoże mu. Jakże się myliłem. Nie chciał ze mną rozmawiać. Grzecznie, ale stanowczo poprosił, bym więcej nie pró­bował wywoływać tego tematu. Nie naciskałem, dokończyliśmy piwo i pożegnaliśmy się.

Zapomniałbym o całej sprawie, gdyby nie e-mail od Tadeusza, który dostałem tydzień później. Mój przyjaciel nie wytrzymał. Zapraszał mnie na piwo, w tej samej knajpie. Już wtedy miałem przeczucie, że to nie będzie zwykłe spotkanie przy browarze. Miałem rację. To, co mi opowiedział, wyjaśniłoby jego stan, gdyby było praw­dziwe. Gdyby ktokolwiek chciał uwierzyć w jego słowa. Wysłuchałem go spokojnie, kiwając głową, ale w głębi duszy wiedząc, że gość mógł nieco sfiksować. Zawsze za dużo czytał fantastyki. Oto jego historia.

To, co ci teraz powiem, może wyda ci się głupie, ale ja to widziałem na własne oczy. Benek zresztą też. Dwa sierpniowe tygodnie spędziłem w malborskim zamku, odkopując zasypaną piwnicę i prowadząc w niej badania architektoniczne. W piwnicach zachodniego skrzydła zamku, od strony Nogatu, badałem niepozorną ścianę dzia­łową. W jednej z jej wnęk, być może jeszcze w wiekach średnich, przebito wąskie przejście do następnej piw­nicy, dziś zasypanej gruzem. Później wnękę prawie całkowicie zamurowano. Rozmiar i wygląd cegieł świadczył, że stało się to w XIX wieku, prawdopodobnie podczas prac niejakiego Konrada Steinbrechta, wieloletniego bada­cza zamku i jego renowatora. Podczas moich badań, wraz z Benedyktem Jemiołowskim, fachowcem z zamko­wego działu konserwacji, przyjęliśmy za rzecz oczywistą, że niepotrzebną piwnicę zasypano gruzem. Ale po dłuż­szym zastanowieniu się, zacząłem patrzeć na całą historię zupełnie inaczej. Uświadomiłem sobie, że takie dzia­łanie, z punktu widzenia konserwacji zamku było absurdalne. Który konserwator bez powodu likwidowałby piw­nicę? Zwłasz­cza dziewiętnastowieczny badacz, dla którego każde wnętrze gotyckiego zamczyska stanowiło ta­jemnicę i atrak­cję. Przekonałem Benka, że warto zajrzeć do owej piwnicy. Sprawa była nieco skomplikowana, gdyż wyma­gana była zgoda dyrektora muzeum, ale Jemiołowski podjął się uzyskać odpowiednie przyzwolenie. Niestety, zmuszony byłem również wykonać pracę przewidzianą w programie praktyk, więc stało się jasne, że dopiero po ich zakończeniu będę mógł zająć się piwnicą. Tak więc, w połowie sierpnia, kiedy moi koledzy z roku opuszczali Malbork, ja pozostałem, poświęcając zamkowi kolejne dwa tygodnie wakacji. Gdybym wtedy wie­dział, co od­kryjemy w tej piwnicy…

Po tygodniu usuwania gruzu udało nam się odsłonić całe pomieszczenie. Była to niewielka izba, około sześciu metrów na trzy. Gołe, nietynkowane ściany wzniesiono z dużych, średniowiecznych cegieł. Jemiołowski i ja zwróciliśmy jednak uwagę na dokładne ułożenie wątku oraz zniszczone spoiny między cegłami. Same lica cegieł wyglądały, jakby ktoś skuł z nich tynk. Kiedy wymietliśmy resztki pyłu i piachu, okazało się, że piwnica ma po­sadzkę z równo ułożonych cegieł. Nie były to jednak wielkie, krzyżackie cegły, ale współczesne, dziewiętna­sto­wieczne maszynówki. Po co Steinbrecht układał równą podłogę w piwnicy, którą postanowił zasypać? Je­miołow­ski nie potrafił tego wyjaśnić, tym bardziej ja.

Myśleliśmy początkowo, że odpowiedź znajdzie się w aktach niemieckich z dziewiętnastego wieku, ale okazało się, że na temat niewielkiej piwniczki w północno zachodniej części zamku wysokiego nie ma w nich żadnej wzmianki. Jakby nigdy nie istniała. Nie zdziwiło nas to zbytnio, gdyż wbrew pozorom, Steinbrecht nie prowadził sumiennych notatek z prowadzonych przez siebie prac. Uznaliśmy, że początkowo chciał zagospodarować to pomieszczenie, ale rozmyślił się. Nie wiedzieliśmy, dlaczego. Szczerze powiedziawszy, ta teoria wydawała mi się nielogiczna i naciągana, ale nie byliśmy w stanie wymyślić żadnej innej.

Tej nocy miałem sen. Możesz mi wierzyć lub nie, ale ja go na prawdę śniłem. Zresztą nie jestem pewien, czy to był sen, czy jakieś siły wyrwały mój umysł z ciała i poprowadziły nocą przez uśpiony zamek.

Szedłem, a raczej sunąłem nad ziemią w zupełnej ciszy. Strażników przy bramie nie było. Żadne alarmy nie włączały się. Przeniknąłem przez bramy na zamek średni tak, jakby ich nie było. Ujrzałem dziedziniec, ale nieco inny niż normalnie. Budynki miały inne dachy i okna. To nadal by gotyk, ale różnił się od dzisiejszych rekon­strukcji. Zbliżając się do bramy zamku wysokiego dostrzegłem, że most zwodzony jest podniesiony, ale jak się okazało, nie stanowiło to dla mnie przeszkody. Uniosłem się nad fosą i przeniknąłem drewno mostu niczym duch. W ścianach przejścia na dziedziniec tkwiły pochodnie. Ich blask nie był jednak zwykłym blaskiem ognia. Płomie­nie miały kolor zieleni, przemieszanej z fioletem. To byłby nawet fajny sen, wiesz, taki klimatyczny, gdyby nie wrażenie, że to wszystko jest tak cholernie realne.

Kiedy dotarłem do dziedzińca, poczułem niepokój. Trochę jak niepokój dziecka, które budząc się w nocy, jest przekonane, że zostało samo w ciemnym domu. W jakiś dziwny sposób znalazłem się w zamkowej kuchni, a po­tem spłynąłem przez podłogę w dół, do piwnicy. Wiesz, normalnie zastawiona jest półkami z elementami detalu architektonicznego, ale w moim śnie była pusta. Wnęka była zamurowana.

Od tej chwili jakbym odzyskał panowanie nad sobą. Mogłem wrócić, ale zamiast tego zrobiłem najgłupszą rzecz, jaką mogłem zrobić. Z własnej woli przeniknąłem przez północną ścianę i znalazłem się w piwniczce, odkopywanej przeze mnie za dnia. Wierz mi, to było głupie.

W pomieszczeniu znajdowała się lśniąca, glazurowana posadzka z granatowego jakby szkła. Pod nią lśniły najróżniejszymi kolorami dziesiątki dziwacznych znaków, otaczających krąg z wpisaną weń ośmioramienną gwiazdą. Poczułem się nagle ciężki, niczym ołów. Chciałem uciec w górę, przez sklepienie, ale nie byłem w sta­nie poderwać się. Moje ciało zaczęło zapadać się w tę granatową posadzkę niczym w bagno. Nogi przeszyło mi upiorne zimno. I właśnie uczucie tego zimna zapamiętałem najlepiej.

Nie wiem w jaki sposób udało mi się dobudzić. Z nosa płynęła mi krew. Wiesz, że nie jestem chorowity i raczej nigdy mi się to nie zdarza, ale wtedy krwawiłem, jakby mi ktoś w nos przywalił. Właścicielka domku, gdzie mieszkałem, mówiła na drugi dzień, że podobno strasznie krzyczałem przez sen. I jeszcze jedno. Moje nogi do kolan były sztywne i przerażająco zimne. Dopiero nad ranem odzyskałem w nich czucie.

Nikomu nie opowiedziałem o moim śnie. Zresztą, w świetle dnia zamek wyglądał najzupełniej zwyczajnie. Jednak, kiedy zszedłem do piwnic, chłód wydał mi się bardziej intensywny, niż zwykle. Benek przyszedł kilka minut później. Obwieścił mi, że konsultował się z dyrektorem zamku i ten zabronił jakiejkolwiek ingerencji w substancję zabytku, dopóki sam nie obejrzy piwnicy. A miał zrobić to dopiero po powrocie z Gdańska, z jakiegoś ważnego przetargu. Staliśmy więc w świetle lampy halogenowej i patrzyliśmy na cegły pod nami. Nie wiem, co mnie podkusiło, by powiedzieć:

– Ja bym tak jedną cegłę usunął. Przecież mogła sama się obluzować…

Benedykt spojrzał na mnie. Po wyrazie jego twarzy mogłem poznać, ze myśli tak samo.

– Ale tylko jedną – rzekł w końcu.

Byliśmy idiotami.

Przygotowania nie trwały długo. W świetle dwóch lamp, Benedykt zaczął wydłubywać zaprawę spomiędzy ce­gieł. Szło opornie, jakby podłoga nie chciała oddawać swych sekretów. Może i tak było. Nie byłem wcale zdzi­wiony, kiedy wreszcie po usunięciu cegły Benek zaświecił w głąb halogenem i powiedział zdumiony:

– Tu jest świetnie zachowana, granatowa posadzka.

Stałem jak kamień, patrząc na to, co tak doskonale widziałem w nocy…

– Panie Benedykcie, muszę panu coś opowiedzieć – powiedziałem po chwili ciszy. Jemiołowski spojrzał na mnie.

– No? – zagadnął.

– Nie tutaj. Może u pana w biurze – widziałem jego zdziwienie, ale zgodził się od razu. Wyłączyliśmy halogeny i opuściliśmy pogrążoną w ciemności piwnicę. Mówię ci, stary, trzeba było ją wtedy na powrót zasypać gruzem, tak jak to zrobił Steinbrecht. Ale kto mógł wiedzieć?

Do domku, gdzie mieściło się biuro Jemiołowskiego, dobiegliśmy w strugach deszczu. Gdzieś nad miastem odezwał się pierwszy pomruk letniej burzy. Usiedliśmy w gabinecie a ja opowiedziałem mój wczorajszy sen.

– Pan żartuje – powiedział tylko Jemiołowski, gdy skończyłem.

– Nie. Właścicielka domu może zaświadczyć, że miałem ciężką noc.

– Szczerze powiedziawszy, wierzyć mi się nie chce – Benedykt oparł się o ścianę ze starą, pruską boazerią.

– Mnie też, ale to naprawdę mi się śniło.

– No cóż, zobaczymy jak to wygląda, gdy odsłonimy całą posadzkę. Ale dlaczego Krzyżacy ułożyli ją w pomiesz­czeniu gospodarczym i to jeszcze w piwnicy?

– Może to nie było pomieszczenie gospodarcze? – zapytałem.

Jemiołowski spojrzał na mnie z lekko drwiącym uśmiechem.

– A niby co?

Nabrałem tchu i zacząłem mówić o tym, co od dłuższej chwili krążyło mi po głowie.

– Piwnica powstała w średniowieczu. Była to epoka, gdy ludzie wierzyli w różne rzeczy. Demony i takie inne. Krzyżacy przybyli z Ziemi Świętej. Bliski wschód do dzisiaj pełen jest opowieści o magii, zresztą arabowie jak najbardziej wierzą w czary. Nasz kościół też.

– Ale to wszystko bajki – przerwał mi Benedykt.

– Tak, ale ja nie mówię, że oni rzeczywiście rzucali czary. Skoro Templariuszy oskarżono o herezję i uprawianie czarnej magii, czemu nie mieliby tego robić i Krzyżacy? Pamiętajmy, że wieki średnie to był bardzo mistyczny okres. Kto zaprzeczy, że któryś z wielkich mistrzów nie mógł w tajemnicy przed innymi braćmi bawić się w jakieś rytuały?

Benedykt milczał przez chwilę.

– Ale kto to potwierdzi? – rzekł w końcu. – I dlaczego od razu magia? Nie mogło to być pomieszczenie o innym przeznaczeniu? A może ta posadzka powstała w zupełnie innym okresie? Zamek by przebudowywany wielokrot­nie…

– Ja się nie upieram. Tak tylko mi przyszło do głowy. Może za bardzo zasugerowałem się tym snem…

– Może – przytaknął Jemiołowski.

Do końca dnia nie robiłem zupełnie nic, jeżeli nie liczyć zakupów w mieście i wieczornego spaceru dookoła zamku. Ale gdy zapadła noc, pogodna z pozoru i ciepła, powróciły lęki. Siedziałem na progu domu, patrząc na jasno oświetlony zamek i gwiazdy ponad nim. Gdzieś z knajpy nad Nogatem dochodziły przytłumione dźwięki muzyki. Wyraźnie słyszałem jedynie jej rytm. Pamiętam, że spojrzałem na gwiazdy. Lubię spoglądać w nocne niebo. Mam wtedy uczucie, że jestem cząstką wielkiego wszechświata. Jednak tym razem moje wrażenia były zupełnie inne. Poczułem się jak mała, nic nie znacząca istotka pośród przepastnej, obcej pustki, na planecie, która tak na prawdę nigdy nie należała do nas.

Może to teraz wydaje ci się zabawne, ale wtedy mi nie było do śmiechu. Miałem wrażenie, nie, miałem pewność, że kiedy tylko położę się spać, znowu jakaś siła zaciągnie mnie na zamek. Mo­głem niemalże dotknąć jej, czającej się gdzieś w mroku. Bo ona tam była. Zerwałem się i wpadłem do domu, zamykając z trzaskiem drzwi. Zapaliłem światła w przedpokoju, kuchni i pokoju, w którym nocowałem. Żałowa­łem, że nie mam żadnego radia. Jedynym ukojeniem były odgłosy z góry, z mieszkania właści­cielki. Ale i one koło północy umilkły. Zrobiłem sobie kawę a potem herbatę. Jedną i drugą. Starając się nie zasnąć, czytałem pozostawione przez kumpli z roku gazety. Stary, to była najgorsza noc w moim życiu, jaką pa­miętam.

Nie wiem, jak udało mi się dotrwać do pierwszego brzasku. W końcu musiałem zasnąć, siedząc przy stole. Ale nie był to spokojny sen, przynoszący odpoczynek. Co chwilę budziłem się, patrząc z przestrachem w okno, czy aby na pewno jest świt. W końcu podniosłem się, wziąłem prysznic i przyczepiwszy identyfikator do koszuli, ru­szyłem na zamek. Ciepła woda orzeźwiła mnie nieco. Kiedy poczułem ciepło słońca, wszystkie strachy wydały mi się wytworami mojej wyobraźni. Było mi nawet nieco głupio przed samym sobą, że wczorajszego wieczoru byłem taki miękki.

Mój w miarę dobry nastrój prysł, gdy ujrzałem Benedykta. Zwykle przychodził do pracy około dziewiątej, dziś jednak czekał na mnie pod bramą średniego zamku już o ósmej trzydzieści. Wyglądał, jakby spędził całą noc na imprezie. Istotnie zalatywało od niego jakimś alkoholem. Pamiętam, że spojrzał na mnie podkrążonymi oczyma i zapytał:

– Czy ja wyglądam tak samo źle jak ty?

– Nie wiem – odpowiedziałem wtedy. – Ale jeżeli ja wyglądam tak samo jak pan, to wyglądamy naprawdę bezna­dziejnie.

Nikły uśmiech zagościł na jego twarzy. Przeszliśmy przez bramę, witając się ze strażnikami. Kiedy wkraczali­śmy na brukowany dziedziniec średniego zamku, Jemiołowski zapytał mnie:

– Jak tam noc? – czułem, że w tym pytaniu zawarte jest coś więcej.

– Nieprzespana – odparłem, wpatrując się w dachy wysokiego zamku.

– Ja spałem. I miałem sen – Benek przystanął na chwilę. Z niesionej teczki wyjął niewielką piersiówkę i odkręcił ją. Upił łyk i podał mi butelkę. Skosztowałem. To było coś lepszego niż zwykła wódka. Dopiero w tym momencie zauważyłem, że zaczął zwracać się do mnie per „ty”. Oddałem flaszkę. Ruszyliśmy ku drugiej bramie.

– Sen? – zapytałem, chociaż wiedziałem dokładnie, o co mu chodzi.

– O piwnicy, bardzo podobny do twojego. Myślisz, że naprawdę coś w niej jest?

– Nie wiem. Na świecie dzieją się różne dziwne rzeczy. Jeżeli czegoś nie rozumiemy, wcale to nie znaczy, że to nie istnieje. Ja dzisiaj nie zmrużyłem oka aż do świtu.

Przeszliśmy most i skręciliśmy w lewo, na północny taras. Tutaj wczesnym rankiem panował miły chłód. Chwilę później zatrzymaliśmy się w kaplicy Świętej Anny, prowadzącej na taras wschodni. Leżą tam trzy płyty nagrobne, pamiętasz to miejsce? No właśnie. Stanęliśmy na tym drewnianym mostku, prowadzącym przez ka­plicę. Benedykt zapatrzył się w środkową, największą z nich.

– Wiesz, Tadek… – zaczął. – Czasem widzę tutaj jakichś śmiesznych facetów, którzy potrafią godzinami stać przy tej płycie z uniesionymi dłońmi, jakby ładowali się – uśmiechnął się słabo. – Zwykle drwię sobie z nich w duchu, ale teraz przyszło mi na myśl, że coś w tym może być.

Stał chwilę, zapatrzony w pękniętą płytę.

– Napijesz się kawy? – zapytał w końcu.

– Z chęcią – odparłem. Myśl o ciepłej kawie z mlekiem sprawiła mi przyjemność. Opuściliśmy kaplicę.

Dobra kawa nie jest zła, sam o tym wiesz. Siedząc w biurze, zastanawialiśmy się, co dalej. Pomyśleliśmy wtedy, że w sumie, to obaj za bardzo zasugerowaliśmy się swoimi snami. A zwłaszcza moim. Wróciła nam zdol­ność trzeźwego myślenia. Zaczęliśmy dyskusję z pozoru zupełnie niezwiązaną z piwnicą. Po kilkunastu minu­tach wywód Benka przerwał telefon.

– Tak? Dzień dobry, dyrektorze! – Jemiołowski podniósł słuchawkę. – To stary… – dodał szeptem. Przez dłuż­szą chwilę słuchał słów przełożonego. W końcu powiedział:

– Odgruzowaliśmy piwnicę. Jest w dobrym stanie. Nie, nic specjalnego, posadzka z dziewiętnastowiecznych ce­gieł, prawdopodobnie Steinbrechta. Słabo zachowana, jest kilka ubytków – popatrzył na mnie znacząco. – Ja­sne… Dopiero jutro?… Ach, rozumiem… Oczywiście, poczekamy… Do widzenia! – odłożył słuchawkę. Przez chwilę szukał odpowiedniej strony w otwartym notatniku i znalazłszy ją, zapisał kilka słów i liczb. Potem wes­tchnął.

– Z archeologami tak zawsze. „Niczego nie dotykać, póki nie przyjadę”. Chcą być przy każdym odkryciu. Dy­rektor powiedział, że coś go zatrzymało w Gdańsku, do Malborka wróci dopiero jutro. No i oczywiście sugero­wał, by niczego nie ruszać w tej piwnicy.

– Poczekamy?

– A mamy inne wyjście? – Benek parsknął rozeźlony. – Nie zignoruję służbowego polecenia.

– Pan nie, ale nieświadomy niczego student… – powiedziałem wtedy. W gabinecie Benedykta, przy szklance cie­płej kawy, myśl o granatowej posadzce jakoś przestała mnie przerażać. Benek pokręcił głową.

– Nie wiem, czy to przejdzie…

– Jakby co, to pan o niczym nie wiedział.

– No nie wiem… – Jemiołowski popatrzył w okno, na ścianę południowego skrzydła zamku.

Siedzieliśmy tak przez dłuższą chwilę, sącząc resztki kawy. W końcu Benek odwrócił wzrok od okna.

– Zajmij się może lepiej dokładną inwentaryzacją piwnicy. Zrób rzut z zaznaczeniem węzłów i widoki na każdą ze ścian. Robiłeś to samo na praktykach…

– Tak, wiem – przytaknąłem. – Dobra, idę.

Podniosłem się z krzesła i opuściłem gabinet. Wychodząc z domku, zabrałem jeszcze halogen i przedłużacz, wiesz, ten czerwony, z bębnem. Wchodząc na dziedziniec, przepchnąłem się przez pierwszą wycieczkę. W kuchni przywitałem się z kobietą, pilnującą ekspozycji i poprosiłem o klucz do piwnicy. Schodząc w dół, po­czułem chłodny powiew powietrza. Zapaliłem światło. Piwnica wyglądała jak zwykle. Ruszyłem ku północnej ścianie. Mijając ostatni filar usłyszałem głośny szelest i zgrzyt osuwającej się cegły. Stary! Myślałem wtedy, że rzucę halogen na ziemię i ucieknę z krzykiem. Szelest powtórzył się. Słyszałem bicie własnego serca i mimo chłodu podziemi, zrobiło mi się gorąco. Powoli podłączyłem halogen i skierowałem go w słabo oświetlony kąt piwnicy, pomiędzy rusztowanie, podtrzymujące osunięty fragment sklepienia. Kolana ugięły się pode mną z ulgi. W kącie szamotała się kawka. Ptak musiał wlecieć przez wąskie okno i pogubił się w ciemnościach. Może podczas wczo­rajszej burzy. Podszedłem powoli i nachyliłem się nad nim. Coś jednak było nie tak. Przyjrzałem się dokładnie. Kawka usiłowała schować się przede mną w kącie. Dostrzegłem, że jej łapy pokryte były szarym nalotem, jakby były… odmrożone. Może jednak nie, może to była tylko jakaś ptasia choroba. Wycofałem się powoli. Ptak musiał być chory.

Wszedłem do feralnej piwniczki. Już pierwsze spojrzenie przekonało mnie, że się myliłem. Na ceglanej podło­dze leżało kilka małych ptaków. Wszystkie były martwe. Zobaczyłem też czarne pióro, mogło należeć jedynie do większego ptaka, jak wrona lub… kawka.

Zbliżyłem się do otworu, zrobionego wczoraj przez Benedykta. Usunięta cegła leżała tam, gdzie ją położył. Z dziury biło zimno. To już nie był chłód piwnicy, ale podmuch zimowego wichru.

– Rany… co to takiego? – szepnąłem. Jeszcze raz poświeciłem po pomieszczeniu. W szczelinie pod sklepieniem wisiał mały nietoperz. Podszedłem do niego cicho, nie chcąc go zbudzić. Świeciłem w dół. Zwierzak nie poruszał się, ani nie oddychał. Po dłuższym zastanowieniu się, delikatnie dotknąłem go czubkiem palca. Było to niemal muśnięcie, ale wystarczyło by nietoperz dosłownie odłamał się. Martwe ciało nocka upadło na podłogę, pozo­stawiając łapki w szczelinie. Cofnąłem się o krok. Tego było dla mnie za dużo. Odłożyłem lampę na ziemię i nawet nie wyłączając jej, szybko opuściłem piwnicę. Miałem wtedy ochotę nigdy nie wrócić do niej i szczerze powiedziawszy, trzeba było tak zrobić.

Poprosiłem panią w kuchni o wewnętrzny telefon i wystukałem numer do biura Benedykta. Zgłosił się prawie natychmiast.

– Tu Tadeusz. Dzwonię z kuchni. Proszę przyjść do piwnicy. Musze się z panem skonsultować.

– Co się stało? – usłyszałem w słuchawce.

– Zbyt dużo by opowiadać. Łatwiej pokażę to panu na miejscu – odparłem, obserwując wchodzącą wycieczkę. Byli to chyba Rosjanie.

Jemiołowski zjawił się kilka minut później. Bez słowa zeszliśmy do piwnic. Pokazałem mu martwe ptaki.

– Kolejna dziwna rzecz – mruknął, wpatrując się w leżącego przed nim wróbla. – Może to jak z kaplicą Jagiello­nów na Wawelu? Nie, to bez sensu…

– Ptaki wyglądają, jakby je ktoś potraktował… – zacząłem.

– …ciekłym azotem. Widzę – przerwał mi Benedykt.- Nikt nie wchodził od wczoraj do piwnicy?

– O ile wiem, nie. Klucze są w komplecie z kuchennymi, ale po jaką cholerę ktoś by tu wchodził?

– Zapytajmy panią na górze – Benek wyłączył halogen i opuściliśmy pomieszczenie.

Kobieta z personelu tylko potwierdziła moje słowa. Wyszliśmy na dziedziniec. Ranek był gorący, słońce świe­ciło z bezchmurnego nieba.

– Słyszałem o różnych dziwnych historiach, związanych ze starymi budowlami. Ale nie sadziłem, że nam się przytrafi taki kwiatek – Benek popatrzył na mnie.- Zajrzę jeszcze raz do archiwum. Może jednak Steinbrecht gdzieś coś napisał. Bo w planach piwnica istnieje.

– Na planie trudniej ukryć pewne rzeczy – dodałem.

– Owszem. Ale nie sądzę, żeby Steinbrecht celowo nie pisał nic o piwnicy. Myślę po prostu, że nie widział w niej nic ciekawego i dlatego też ją zasypał. W piekarni jest dziewiętnastowieczna podłoga. Może chodziło o to, żeby wypełnić przestrzeń pod nią, żeby się nie zapadła. Ze średniowiecznymi sklepieniami różnie bywa. Dobra, bierzmy się do roboty. Zejdziesz na dół?

Na samą myśl o tym, przebiegły mnie dreszcze. Naprawdę nie miałem ochoty tam schodzić. Udałem więc zmęczo­nego, co po nieprzespanej nocy nie sprawiło mi najmniejszej trudności.

– Szczerze, to oczy mi się kleją. Może prześpię się kilka godzin… Popracuje po południu.

Benedykt skinął tylko głową. Rozstaliśmy się przy bramie. Wróciłem do swojego pokoju i padłem na łóżko. Sen przyszedł niemalże momentalnie. Wydawało mi się, że spałem zaledwie chwilę, kiedy poczułem silne szarpniecie. Budząc się, usłyszałem głos Jemiołowskiego.

– Tadek! Tadeusz! Obudź się wreszcie!

– Już…już… – mruknąłem półprzytomnie i spojrzałem na zegarek. Było kilka minut po trzeciej. Przespałem ponad pięć godzin i wcale tego nie odczułem. Spojrzałem na Benka.

– Jednak coś znalazłem. Wstawaj i słuchaj. Albo zrób sobie kawy, może szybciej dojdziesz do siebie.

Benedykt siadł na jednym z łóżek i otworzywszy szarobeżową, tekturową teczkę, wyjął z niej kilka pożółkłych kartek. Wyszedłem do kuchni nastawić wodę, a kiedy wróciłem, Benek zaczął mówić.

– Nie znalazłem samych zapisków ani dokumentów Steinbrechta, ale dziwnym trafem udało mi się wśród pru­skich rachunków znaleźć kopertę a w niej to – był wyraźnie podekscytowany, ale pozostał poważny.- To list, pewnie nie wysłany, bo nawet nie jest dokończony. Znasz niemiecki?

Pokręciłem głową. Wtedy Benedykt zaczął czytać i z biegu tłumaczyć tekst. Nie pamiętam go dokładnie, słowo w słowo, zresztą wiesz sam, jak to jest, kiedy się tłumaczy w ten sposób. W każdym razie autor listu opisywał prace Niemców na zamku wysokim i wspominał o tym, że Konrad Steinbrecht natknął się tam na dziwną piwnicę, do której zabronił wchodzić. Jedynie on oraz jego dwaj pomocnicy mieli prawo wstępu i to nigdy w pojedynkę. Piwnica miała… posadzkę z glazurowanych, granatowych płytek z jakimiś podobno symbolami. Na ścianach i sklepieniach również miały znajdować się dziwne znaki. Autor nie widział ich osobiście, powoływał się na plotki, krążące wśród pracowników. List kończył się tym, że Steinbrecht z jakiegoś powodu miał zasypać piwnicę, ofi­cjalnie dlatego, by móc położyć nową podłogę w pomieszczeniu powyżej i że jeden z kompanów „herr Konrada” musiał nagle wyjechać w ważnych sprawach do Berlina…

Jemiołowski skończył i podał mi kartki.

– Chcesz zobaczyć?

Odmówiłem i tak pewnie nie doczytałbym się, nie mówiąc o zrozumieniu.

– No to mamy zagwozdkę – powiedział chowając list do teczki.- Rodzą się pytania: Dlaczego zabronił wstępu innym pracownikom? Czemu nie ma dokumentacji prac? Gdzie są wspomniane malowidła? Dlaczego zamuro­wał oryginalną posadzkę, nie mówiąc już o tym, że zasypał tak atrakcyjne pomieszczenie?

– I czy jego współpracownik rzeczywiście musiał wyjechać do Berlina… – dodałem cicho.

Benedykt spojrzał na mnie.

– A tak. Masz rację.

Zrobiłem dwie herbaty. Popijając je powoli, zastanawialiśmy się, czy znajdziemy odpowiedzi na postawione przed chwilą pytania. Nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że owe odpowiedzi okażą się tak niesamowite. I złowrogie.

Wreszcie Benek odstawił szklankę i zapytał.

– To jak? Idziesz mierzyć?

Nadal nie miałem ochoty. A po zapoznaniu się z listem byłem niemal pewien, że już nigdy nie zejdę do tych pod­ziemi. A na pewno nie w pojedynkę. Benedykt musiał wyczytać to z mojej twarzy, bo uśmiechnął się, kiwając głową.

– Dobra, poczekamy do jutra. Razem z dyrektorem zejdziemy na dół i sprawdzimy tę podłogę. To facet twardo chodzący po ziemi, nie uwierzyłby w ducha nawet, gdyby ten dźgał go palcem w nos. Prześpij się jeszcze i przyjdź o ósmej do tawerny nad Nogat. Posiedzimy przy piwie – wstał, uścisnął mi dłoń i wyszedł. Zostałem sam. Sam ze swoimi myślami. I narastającym strachem przed kolejna nocą. Próbowałem jeszcze zasnąć, ale myśli krążące po głowie nie dały mi spokoju. Cały czas wydawało mi się, że w tej trefnej piwnicy jest coś więcej, niż zwykła posadzka sprzed kilkuset lat.

Poszedłem do miasta coś zjeść. Pizza na chwilę pozwoliła mi zapomnieć o strachach, podobnie jak telefon do rodziny. Miło było usłyszeć głos mamy. Ale wracając, kiedy pomiędzy drzewami ujrzałem wieżę zamkową, po­wrócił niejasny lęk. Miałem wrażenie, że zamek spogląda na mnie swoimi oczyma ostrołukowych okien. I, mimo że popołudnie było słoneczne, poczułem chłód bijący od ceglanych murów. Chłód bardziej przenikliwy niż gru­dniowe zimno.

W tawernie siedzieliśmy z Benkiem do północy. Jakoś żadnemu z nas nie chciało się wracać do domu. Może, gdybyśmy wiedzieli, co nas spotka po dwudziestej czwartej, czym prędzej opuścilibyśmy tamto miejsce…

Już po zachodzie słońca niebo zasnuły chmury. Od Nogatu wiał chodny wiatr. Niósł delikatną woń bagien, ale zapach tawernianego grilla oraz dużej ilości papierosów palonych przez gości, zagłuszał tę niemiłą nutę. Przy­jemnie było siedzieć wśród ludzi. Co prawda muzyka, jaką serwowali właściciele daleka była od moich upodo­bań, ale lepsze to niż nic. Tuż po północy znad rzeki zerwał się silny jednostajny wiatr. Był tak mocny, że prze­wrócił dwa parasole. Z ziemi podniósł się kurz, dodatkowo zwiększając zamieszanie. Wzburzone nagle fale rzeki zaczęły raz po raz uderzać w brzeg, szumiąc przy tym nieprzyjemnie.  Nagle zgasło światło i umilkła muzyka. Pogasły nawet lampy uliczne po drugiej stronie Nogatu. Ktoś krzyknął, że prądu nie ma, ktoś inny, że bezpiecz­niki wysiadły. Mimowolnie z Benedyktem popatrzyliśmy w niebo. Miałem wrażenie, że gwiazdy na niebie przed­stawiają zupełnie inne konstelacje niż zwykle. Ale możliwe, że zmyliły mnie chmury, zasłaniające część nieba. I właśnie na tle tych ciemnych obłoków zobaczyłem jeszcze czarniejszą plamę. Dookoła było ciemno, ale to, co nad nami przeleciało, było czarniejsze niż bezksiężycowa noc. Możesz mi nie wierzyć, jak chcesz, zadzwoń do Jemiołowskiego. On też to widział. Nie wiem, co to mogło być. Za duże na ptaka, za ciche na samolot. Zresztą one nie zmieniają kształtu tak szybko, jak to coś. Czarna plama poszybowała nad zamek. Miałem wrażenie, że opadła nań, jak ptak powracający do gniazda. Tuż potem od rzeki zadął tak lodowaty wiatr, że poczułem, jak drętwieją mi palce, zaciśnięte na plastikowym kubku z piwem. Trwało to zaledwie chwilę. Niemal natychmiast powietrze uspokoiło się a z głośników huknęła jakaś piosenka. Zapaliły się lampy. Wszystko na pozór wróciło do normy. Ludzie chyba nie zauważyli tego, co my. Zamawiając nowe napoje, głośno komentowali ostatnie minuty.

Razem z Benkiem opuściliśmy tawernę. Pod zamkiem pożegnaliśmy się ustalając, że Benedykt przyjdzie po mnie jutro rano. Nie wiem jak on, ale ja nawet bałem się spojrzeć na zamek.

O nocy nie będę ci opowiadał. Wyglądała niemal tak samo jak poprzednia. Benedykt nie zjawił się, tylko zadzwo­nił, że umówił się z dyrektorem na piętnastą. Odłożyłem słuchawkę, nastawiłem budzik w zegarku i runą­łem na łóżko. Przespałbym właściwą porę, gdyby nie kolejny telefon Benka. Dobrze, że zadzwonił. Dzięki temu punktualnie o trzeciej spotkaliśmy się z dyrektorem muzeum. Zabraliśmy odpowiedni sprzęt i udaliśmy się do piwnicy. Oczywiście dyrektor, wybacz, ale nie pamiętam jego nazwiska, wysłuchał naszych przypuszczeń, ale skwitował je tylko suchym: „mało prawdopodobne”. Kiedy znaleźliśmy się w podziemiu, obejrzał wykonany przez nas otwór. Zwłoki ptaków nie zrobiły na nim wrażenia. Zresztą zostało po nich już niewiele, jakby rozkład następował w przyspieszonym tempie. Upewnił się tylko, że to, na czym stoimy, pochodzi z dziewiętnastego stule­cia i rzucił pod moim adresem krótkie:

– No, kolego studencie, do pracy. Tylko proszę nie uszkodzić tego, co pod spodem.

Cegła po cegle, zaczęliśmy z Benkiem odkrywać posadzkę. Naszym oczom zaczęła ukazywać się zapylona, granatowa powierzchnia. Starałem się unikać dotykania jej, niestety, kilkakrotnie moje palce musnęły pokryte glazurą płytki. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że są zimniejsze niż otaczające nas ściany.

Dyrektor z Jemiołowskim wymieniali od czasu do czasu uwagi na temat piwnicy. Po kwadransie pracy, dostrze­gliśmy pod cegłami coś w rodzaju pakunku. Dyrektor ożywił się wyraźnie. Powoli usunęliśmy otaczające znalezi­sko cegły. Naszym oczom ukazała się paczka z  prawie czarnego papieru, formatu mniej więcej dużego zeszytu. Zauważyłem, że leży dokładnie na środku sali, ale nie powiedziałem tego głośno. Może trzeba było. Dyrektor wyjął z kieszeni koszuli miękki pędzel i zaczął szybko usuwać kurz oraz resztki pyłu i zaprawy.

– No, jak ładnie – mruczał cały czas.- Mamy małą sensacyjkę…

Pakunek miał na sobie okrągłą lakową pieczęć z napisem „Schloßmuseum Marienburg”. Papier nasączony był prawdopodobnie tłuszczem lub woskiem. Dyrektor delikatnie chwycił paczkę i podniósł ją. W miejscu, gdzie leżała, dostrzegłem ubytek w granatowej glazurze. Spojrzałem na Benedykta. Chyba nie zwrócił na to uwagi, zapa­trzony w trzymaną przez dyrektora paczkę.

– Co to może być? – zapytał.

– Chyba jakieś dokumenty – odparł dyrektor.- Pieczęć muzealna z czasów niemieckich. Ot i wyjaśniła się tajem­nica. Niemcy zostawili przesyłkę dla przyszłych pokoleń.

Spojrzał na mnie z wyższością, jakby chcąc powiedzieć: „Tu nie ma żadnych duchów, za dużo czytałeś bajek w dzieciństwie, chłopcze”. Ale ja wiedziałem swoje. Odrzekłem:

– Wątpliwy sposób ukrywania notatek dla potomności.

Dyrektor zignorował mnie. Wtedy to naprawdę zacząłem go nie lubić. Odezwał się za to do Jemiołowskiego:

– Chodźmy do mojego biura, panie Benedykcie. Zobaczymy, co jest w środku.

Opuściliśmy piwnicę. Po wyjściu na dziedziniec uderzyło nas gorące powietrze skwarnego popołudnia. Już po kilku chwilach byłem cały spocony.

Biuro dyrektora mieści się w północnym skrzydle zamku średniego. Znaleźliśmy się tam po kilku minutach. Wraz z Benedyktem siedliśmy przy biurku. Dyrektor wyjął z szafy aparat i załadował świeży film. Wręczył mi go, mówiąc:

– Będzie pan robił dokumentację fotograficzną.

Był to całkiem niezły Nikon z zoomem. Najpierw zrobiłem trzy zdjęcia zamkniętej paczki i zbliżenie na napis na pieczęci. Potem dyrektor wręczył nam styropianowe maseczki na twarz. Pokazał, jak się ich używa, a potem wyjął z szuflady komplet lateksowych rękawiczek. Nałożył je i delikatnie, ostrym nożem podciął pieczęć, umożli­wiając otworzenie pakunku bez łamania jej. Wewnątrz znajdowała się gruba, skórzana teczka. Pstryknąłem. Dyrektor ostrożnie odsłonił jej zawartość. Były to kartki papieru, lekko popękane na brzegach ze starości. Nie były pożół­kłe. Na nich, nieco pochyłym pismem zapisane były niemieckie słowa.

– No pięknie! – dyrektor klasnął w dłonie.- Poznaje pan charakter pisma, panie Benku?

– Steinbrecht – przytaknął zagadnięty – Oryginalne zapiski.

Robiłem zdjęcia raz po raz, w miarę, jak dyrektor przewracał kolejne strony. Jednak już przy piątej zatrzymał się z niedowierzaniem.

– Co to jest? Jakiś podręcznik okultyzmu?

Na papierze widniał wyraźnie schemat kręgu z ośmioramienną gwiazdą i dużą liczbą dziwnych symboli dookoła. Pstryknąłem i popatrzyłem na Benedykta. Odniosłem wrażenie, że pobladł nieco. Odezwałem się.

– Może to jakiś rysunek inwentaryzacyjny?

Ta sugestia wyraźnie uspokoiła zbulwersowanego dyrektora. Zaczął dalej przewracać strony, a ja robiłem zdję­cia. Po kilku chwilach nie było wątpliwości, że to faktycznie inwentaryzacja. Natrafiliśmy na złożone plansze z  widokami ścian i sklepień pełnych niezrozumiałych symboli i napisów w jakimś dziwnym języku. Większość po­siadała dziewiętnastowieczne komentarze na marginesach. Ostatnie kilka kartek zapełnione było notatkami, jak uważali obecni przy mnie fachowcy, Steinbrechta.

– Wydaje mi się… – zacząłem ale dostrzegłem wzrok Benka.

– Co, panie kolego? – dyrektor odwrócił się do mnie.

– …że powinno się jakoś zabezpieczyć ten papier przed wpływami atmosferycznymi. I to jak najszybciej – dokoń­czyłem zupełnie inaczej, niż planowałem.

– Ależ tak, oczywiście. Jutro przekażę to naszym paniom w archiwum. Ale nie przesadzałbym z tą ostrożnością. To doskonały, niemiecki papier sprzed stu lat. I w dodatku świetnie zachowany – dyrektor pokiwał głową.- Uwa­żam, że bardziej przydatne byłyby badania na obecność mikrobów i grzybów.

Zamknął cały pakunek. Zdjął rękawiczki. Spojrzał zadowolony na paczkę przed sobą. Wyglądał tak, jakby to on wpadł na trop całej tajemnicy.

– Jutro skontaktuję się z prasą. To trzeba nagłośnić. No i powiadomić właściwe władze – jego triumfalny głos zupełnie zaprzeczał moim myślom. Ja widziałem w tych notatkach same kłopoty. I to zupełnie z innego powodu, niż mikroby i grzyby.

Dyrektor podziękował nam obiecując, że jutro się odezwie. Zadeklarował, że od razu weźmie się za tłumacze­nie tekstu na język polski. Nie było jeszcze zbyt późno, więc kiedy opuściliśmy jego biuro, ruszyłem z powrotem na zamek. Zdziwionemu Benedyktowi wyjaśniłem, że możemy jeszcze odsłonić całą posadzkę i zobaczyć, czy są na niej jakieś symbole. Zgodził się po chwili wahania. Czułem, że czai się tam coś niezrozumiałego dla czło­wieka, moje podejrzenia i domysły nabierały kształtu. Chciałem mieć pewność. Nawet, gdyby miała to być pew­ność najgorszego.

W piwnicy było zimno. To już nie był zwykły chłód, ale zimno. Temperatura musiała spaść od czasu, gdy byli­śmy tu po raz ostatni. Nawet zapalony halogen, który przecież wydziela masę ciepła, nie był w stanie usunąć tego wrażenia.

Już po pierwszych ruchach miotły dostrzegliśmy znajome, niepokojące linie, układające się w złowrogie kształty kręgu, widniejącego w notatkach Steinbrechta.. Mimowolnie cofnąłem się pod ścianę, aby znaleźć się poza nim. Benek zrobił to samo. Świecąc lampą wodziliśmy wzrokiem po powierzchni podłogi. Idealnie zacho­wanej, wręcz nieprawdopodobnie dobrze. Jakby czas zupełnie nie miał wpływu na jej stan. Nasz wzrok przykuł w końcu niewielki, kwadratowy otwór po środku kręgu, który zauważyłem już podczas poprzedniego pobytu w piwnicy. Nie był większy niż piętnaście centymetrów na piętnaście. Znajdował się dokładnie w centrum posadzki i całego pomieszczenia. Właśnie w tym miejscu leżały notatki nie­mieckiego badacza.

– Niesamowite – szepnął Jemiołowski. Ale w jego głosie nie było radości czy podziwu. To słowo napełnione było strachem i niedowierzaniem.

– Krzyżacy rzeczywiście musieli bawić się w jakieś rytuały – powiedziałem nieco zduszonym głosem. Ściana za moimi plecami była upiornie wręcz zimna.- A jeśli tamte rysunki przedstawiały freski na ścianach…

– Chodźmy stąd. Pogadamy gdzie indziej – rzucił nagle Benek. Szybko opuściliśmy piwnicę. Nie wiem, czy moja wyobraźnia w tamtej chwili spłatała mi figla, czy było to tylko szuranie butów, czy rzeczywiście usłyszałem z ciemności jakby westchnienie. Powolne, ledwo słyszalne westchnienie, które mogło wydobyć się z piersi wielko­ści całego skrzydła zamku…

Opuścilismy wysoki zamek i przeszliśmy na północny taras i tam usiedliśmy we wnęce muru obronnego. Poczeka­liśmy, aż minie nas wycieczka, a gdy zostaliśmy sami, pierwszy odezwał się Benedykt.

– Ta piwnica jest dziwna – zaczął, spoglądając na mnie, jakby szukając potwierdzenia swoich słów. Przytakną­łem. Kontynuował więc.

– Być może Steinbrecht podczas swoich prac doszedł do podobnego wniosku. W czasie badań piwnic, trafił do tego pomieszczenia. Prawdopodobnie było zasypane już wcześniej. Kto to zrobił? Jeszcze Krzyżacy, czy już Po­lacy? A może dopiero Prusacy pod koniec osiemnastego wieku. Tego się nigdy nie dowiemy. Musiał widzieć rysunki na ścianach. Dlaczego postanowił je usunąć? Normalnie byłaby to zbrodnia konserwatorska. Odpowiedź może kryć się w jego notatkach, znalezionych w paczce. Czy stało się wtedy coś, co skłoniło go do skucia tynków i ponownego zasypania piw­nicy?

– Odpowiedź może być w jego notatkach – wszedłem mu w słowo. Przytaknął.

– Wszystko może być w tych zapiskach. Na dobrą sprawę nadal nie wiemy nic.

– Oprócz tego, że w piwnicy coś jest.

– Coś… – szepnął Benek i powoli wypuścił powietrze z piersi. Ostatnie słowo zawisło pomiędzy nami, jakby chciało przybrać konkretny kształt. Niepokojący, wręcz napawający grozą kształt czegoś, co od kilku dni czaiło się gdzieś w zakamarkach mojej wyobraźni. Naprawdę, nie chciałem, żeby to się stało.

– Poczekamy do jutra – powiedziałem wstając. – Dzisiaj już niczego nie zdziałamy.

– Idziesz na piwo? – zapytał Benedykt, podnosząc się ze swego miejsca.

– Jakoś pomaga mi znieść te godziny miedzy zachodem a wschodem słońca – nie chciałem wymówić na głos słowa „noc”. Mój zmęczony i niewyspany umysł na samo wspomnienie ciemności za oknami zaczynał wa­riować. Naprawdę, nie wyobrażałem sobie kolejnej nocy. Może trzeba było urżnąć się w trupa? Tylko czy to by pomo­gło?

Tak myśląc, szliśmy nad rzekę, by przy ludziach i muzyce zapomnieć choć na chwilę o tym, co nas czeka kiedy tylko na niebie pojawią się gwiazdy. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że to, co dzisiaj miało się stać, będzie kulmi­nacją całej historii, o wiele gorszą od tego, co przeżyliśmy do tej pory.

Bateria pustych butelek po browarze rosła na naszym stoliku. Głośna muzyka sprawiała, że nie byłem w stanie skupić się na niczym konkretnym. Nawet chwila, w której słońce schowało się za zasnutym chmurami horyzontem za Nogatem, przeszła jakoś niezauważona. Paliliśmy papierosy i obalaliśmy kolejne butelki piwa, czekając na niewiadomo co. Podświadomie czuliśmy, że jeśli podniesiemy się z miejsc, to sami oddamy się temu czemuś, co czaiło się gdzieś poza kręgami świateł latarni stojących nad rzeką. Ale wreszcie to coś przyszło do nas.

Krótko przed północą od strony zamku dobiegł nas głuchy, tępy huk. Przypominał nieco strzał z torebki papiero­wej, z tym, że torba musiała mieć chyba rozmiary dziedzińca. To nie mógł być żaden efekt rozgrywanego co wieczór widowiska „światło i dźwięk”, zresztą było już za późno na nie. Niemalże jednocześnie od rzeki po­wiał lodowaty wiatr. Nie chłodny sierpniowy powiew, ale prawdziwe zimowe tchnienie. Pamiętam, że ciarki przeszły mi po plecach i nogach, zwłaszcza, że byłem jedynie w szortach. I w tym zimnym szkwale usłyszeliśmy obaj zawodzenie jakiejś nieziemskiej istoty. Następną rzeczą było jakby tąpnięcie, wyraźnie odczuwalne drgnie­cie ziemi. Wiem, że Benedykt również je czuł. Otrzeźwiałem niemal natychmiast, adrenalina zawrzała w moich żyłach. Wycie zdawało się wyrażać radość i złowieszczą rozkosz. W tawernie umilkła muzyka, ogłuszając nas nagłą ciszą na kilka chwil. Żarówki zaczęły pękać, jedna po drugiej. Kobiety z piskiem strachu zrywały się ze swoich miejsc.

– Tadek, idziemy – Jemiołowski zerwał się z miejsca. – To coś dzieje się na zamku.

Popędziliśmy do bramy. W całkowitej ciemności potknąłem się raz czy dwa. W końcu ujrzeliśmy błyski latarek strażników, biegających po przedbramiu. Benedykt zatrzymał jednego.

– Co się stało? – rzucił.

– Coś strzeliło na zamku. Poszliśmy sprawdzić, ale chwilę potem zgasło całe światło. Siadły wszystkie alarmy. Nie możemy nawet zadzwonić po elektryków, bo telefony też siadły.

– A komórki? – zapytałem.

Wszyscy trzej wyciągnęliśmy swoje aparaty. Moja wskazywała zupełny brak zasięgu. W niewielkim świetle latarki zobaczyłem drżenie strachu w oczach strażnika.

– Koledzy mówili, że od kilku dni coś łazi w nocy po zamku. To znaczy, nikt tego nie widział, ale wszyscy to jakby czuli w kościach – mężczyzna ruszył z nami ku bramie, gdzie gromadzili się pozostali pracownicy ochrony. Już z daleka słyszeliśmy odgłosy rozmów. Kiedy dotarliśmy na miejsce, ktoś poświecił nam prosto w twarze.

– Dobry wieczór – odezwał się Benek, zasłaniając dłonią oczy. – Co tak huknęło?

– Nie wiemy. Szef zmiany poszedł sprawdzić i spytać dyrektora.

– To dyrektor jest jeszcze w zamku?

– Zgłaszał, że zostanie, bo ma jakąś pilną robotę.

Benek trącił mnie w ramię.

– Idziemy.

Przeszliśmy most i nie bacząc na słowa strażników ani na propozycje pożyczenia latarki, ruszyliśmy do biura. W drzwiach spotkaliśmy szefa zmiany. Kiwał się, jakby był zamroczony. Nie miał latarki. Dostrzegliśmy jej blask z wnętrza budynku. Minął nas bez słowa i niemalże stoczył się z drewnianych schodków. Prawie po omacku weszli­śmy do środka. Kierowaliśmy się ku światłu latarki. Gdzieś na progu mojej świadomości słyszałem głęboki od­dech. Nie, to było jak dyszenie pełne złowrogiej satysfakcji. Mogło należeć do jakiegoś psychopaty, który wła­śnie dokonał zbrodni i napawał się jej widokiem.

Latarka leżała w progu gabinetu dyrektora. W samym pomieszczeniu panował rozgardiasz, jakby przeszedł przez nie gwałtowny przeciąg. I zimno przyprawiające o ból skóry. Karty z zapiskami Steinbrechta leżały tu i tam, plansze z rysunkami spoczywały pod ścianami. Przy biurku siedziała jakaś postać. Podniosłem latarkę i poświeciłem w jej kierunku. Światło tylko na krótko oświetliło twarz dyrektora, zanim latarka wypadła mi spo­między bezwładnych palców. Upadając na dywan zgasła, ale zapamiętałem dobrze widok, który przez sekundę ujrzałem.

Przy biurku siedział dyrektor. Sinoblady z zamarzniętym szronem we włosach i sopelkami lodu na krótkiej  brodzie. Jego półotwarte usta pełne były ściętej od zimna krwi a oczy zamglone i niewyraźne. Na twarzy zamarł strach. Nie byłem w stanie sobie wyobrazić, co mogło tak przestraszyć pragmatycznego dyrektora. Jego koszula cała była obsypana szronem. Mężczyzna był martwy. Musiał być martwy.

Błysnęło światło. Bemek odnalazł latarkę. Unikając świecenia w stronę biurka, chodził po pokoju, zbierając notatki Steinbrechta. Podawał mi je, a ja, niemal bezwiednie układałem je jedna na drugiej. Nie wiem jak to długo trwało. Przez cały czas bałem się patrzeć na ciemną sylwetkę dyrektora ale raz po raz spoglądałem nań i odwracałem wzrok od tego okropnego widoku. W końcu Benek zebrał wszystkie notatki i arkusze i delikat­nie wyprowadził mnie na zewnątrz. Nadchodziła trójka strażników.

– Chodź – rzucił do mnie cicho, głosem tak opanowanym jak ktoś wyzuty zupełnie z emocji. Albo ktoś, kto widział za wiele jak na swoje nerwy. – Nie pokazuj im tego.

Zamieniliśmy kilka słów ze strażnikami. Szukali szefa zmiany. Benek oddał im jego latarkę, wspominając o spotkaniu przy wejściu. Potem wyszliśmy z zamku.

– Mam tego dość – zamruczał, kiedy szliśmy do mnie. Dopiero teraz usłyszałem nutę strachu w jego głosie. – Jutro zasypiemy tę cholerną piwnicę razem z tymi notatkami. To nie na moje nerwy. Nie wiem, co to było i nie chcę wiedzieć. Niech się martwią tym ci, co odkopią piwnicę za sto lat. Mnie już wtedy nie będzie.

Tak mówiąc przez całą drogę, ni to do mnie, ni to do siebie, szedł jakby w transie. Myślę, że jego umysł w ten sposób odreagowywał koszmar, który stał się naszym udziałem. Wreszcie doszliśmy do domu. Zapiski Stein­brechta położyliśmy na półce w przedpokoju, sami zamykając drzwi do pokoju na zamek. Nie dba­łem o to, co mi się przyśni. Byłem tak zmęczony, że było mi wszystko jedno. Leżąc już w łóżku, poczułem, że tama puściła. Roz­płakałem się. Płakałem bezgłośnie. W końcu musiałem zasnąć. Nie pamiętam co mi się śniło. I nie chcę pamię­tać. Obudziło nas dopiero pukanie do drzwi. Był to policjant.

I to w zasadzie koniec historii. Policja przesłuchała nas, zabezpieczyła ślady i zrobiła te wszystkie rzeczy, które do niej należą. Jakiś smutny facet w cywilu prosił nas, by do czasu wyjaśnienia sprawy nikomu nie opo­wiadać o wydarzeniach ubiegłej nocy. Znalazł się też szef zmiany. Leżał ze złamanym kręgosłupem w suchej fosie, pomiędzy zam­kiem średnim a wysokim. Policja z dużym prawdopodobieństwem wykluczyła morderstwo.

Kiedy mundurowi opuścili zamek, udaliśmy się do piwnicy i umieściwszy teczkę z zapiskami Steibrechta tam, gdzie ją znaleźliśmy, zasypaliśmy i zamurowaliśmy ponownie całe pomieszczenie. Zimno nie robiło na nas żad­nego wrażenia, a może byliśmy tak zdesperowani, że nie zauważaliśmy go. Jakiekolwiek tajemnice poznał Kon­rad Steinbrecht i cokolwiek zapisał w swoich notatkach, lepiej, żeby pozostało na swoim miejscu, z dala od cie­kawskich oczu i żądnych sensacji umysłów.

  

Tadek prosił mnie, bym nikomu nie opowiadał tego, co usłyszałem. I tak nikt by nie uwierzył. On sam już prawie uważał to za jakiś odległy, zły sen. Jego umysł powoli wypychał poza świadomość to, czego nie potrafił przyswoić. Mimo to widziałem w jego oczach ślad jakiegoś roztargnienia, jakby sam do końca nie wiedział co mówi. Może były to początki szaleństwa, nie wiem. Nie wierzyłem w jego opowieść i nikomu jej nie powtarza­łem, aż do dnia dzisiejszego. Wczoraj rano rodzina znala­zła Tadeusza w wannie. Przeciął sobie żyły pod lewym nadgarstkiem. Byłem jedną z pierwszych osób, które się o tym dowiedziały. Oficjalnie mówi się o samobójstwie z powodów osobistych, ale ja wiem, co było prawdziwą przyczyną. Ostatni e-mail Tadka odebrałem już po jego śmierci. Dlatego jestem już spakowany i kiedy tylko skończę pisać te słowa, wychodzę na dworzec. Pociąg do Malborka odchodzi o wpół do trzeciej. Wiem, co mu­szę zrobić. Może jeszcze nie jest za późno…

Bydgoszcz, 23.08.2002

 

Notka od autora: Wymienione w opowiadaniu piwnice jak i przejście pomiędzy nimi istotnie znajdują się w zachodnim skrzydle malbor­skiego zamku. Niewielka, północna piwniczka została zasypana w okresie działalności Konrada Steinbrechta, co potwierdziły badania ar­chitektoniczne…

 

Reklamy