Prezent – opowiadanie

prezent okladka

Brudna, rozklekotana laweta przejechała po wąskiej, asfaltowej drodze na skraju lasu. Podskoczyła na dziurze, wypełnionej brudną wodą po deszczu i minęła zaparkowany na poboczu motocykl. Tadeusz odprowadził wzrokiem samochód i spojrzał na zegarek. Dochodziła szósta. Słońce wisiało już nad horyzontem i najdalej za godzinę miało się ściemnić. Dni o tej porze roku były coraz krótsze i chłodniejsze. Pogoda, jak to jesienią, nie zachęcała do długich wyjazdów. Deszcz, który ich złapał, był tak silny, że musieli się zatrzymać i przeczekać pod wiatą napotkanego przystanku autobusowego. Skórzana kurtka motocyklisty dobrze chroniła przed zimnem, ale mężczyzna był już zmęczony całodniowym jeżdżeniem. Alicja uparła się na wycieczkę po kamiennych kręgach, porozrzucanych wśród lasów i jezior Borów Tucholskich. Obiecała mu niespodziankę. Na razie jednak, zamiast niespodzianki, czuł głód i narastające znużenie. To wszystko sprawiło, że fizyk miał już coraz bardziej dość tego dnia i marzył o powrocie do domu.

Ściana wysokich jałowców zaszeleściła i demonica pojawiła się pomiędzy drzewami.

– Możemy już jechać? Zaraz będzie noc, a ja rano muszę do roboty – Tadeusz mruknął bez entuzjazmu i podszedł do harleya.

– Jeszcze jedno miejsce i wracamy – odparł rudzielec, otrzepując się z igieł i liści.

– To samo mówiłaś ostatnim razem – zrezygnowany dosiadł maszyny i odpalił silnik.

– Nie. Nic nie mówiłam o wracaniu. Teraz mówię – Alicja zajęła miejsce na siodełku za nim i objęła go ramionami. – No, mroczny rycerzu szos, ruszajmy.

Tadeusz obejrzał się, czy coś nie nadjeżdża, włączył światła i wjechał na asfalt. Rzucił okiem na wskaźnik paliwa i dodał gazu. W drodze powrotnej będą musieli gdzieś zatankować.

Zatrzymali się tuż przed zielonym, dawno nie malowanym szlabanem. Na pochylonej, pordzewiałej tablicy wciąż można było odczytać napis „Rezerwat archeologiczny Leśno”.

– Byłem tu kiedyś, lata temu – westchnął Tadeusz, zdejmując kask. – Powiem szczerze, szału tu nie ma.

– A byłeś ze mną? – Alicja poszła w jego ślady, rozgarniając ręką długie włosy.

– Coś sugerujesz? Chyba nie masz ochoty na rytualny seks na mokrej trawie pośród starożytnych grobów? – skrzywił się, zsiadając z motocykla.

– Dlaczego nie? Co prawda mam tutaj inne plany, ale jak bardzo chcesz… Nie wiedziałam, że masz taki fetysz.

– Nie mam. I dobrze o tym wiesz – burknął.

– Wiem. Chodź już. To naprawdę ostatnie miejsce na dzisiaj – ujęła go pod ramię i razem minęli szlaban.

O tej porze w okolicy nie było żywej duszy. Wilgotna ściółka uginała się miękko pod ich stopami, w powietrzu niósł się zapach jesiennego lasu. Powoli robiło sie ciemno. Tadeusz szedł krok w krok za Alicją, zastanawiając się, po co to wszystko. Demonica zdawała się czegoś szukać, kluczyła pomiędzy drzewami, od jednego kurhanu do drugiego. Zatrzymywała się w bezruchu i po chwili ruszała dalej.

Mijali pagórki ze sterczącymi pionowo głazami i małe sterty kamieni, z pozoru nie wyglądające na jakikolwiek zabytek. Przy kilku stały tabliczki z opisami, inne po prostu kryły się w pożółkłych jesiennych trawach. Fizyk mimo wszystko zaczął czuć atmosferę miejsca. Nie wiedział, czy to z powodu pory dnia, czy obecności nadnaturalnej istoty, jaka była Alicja. W otaczającym ich lesie panowała cisza, jedynie od czasu do czasu gdzieś nad ich głowami dało się słyszeć pojedyncze krakanie wrony.

Demonica nagle stanęła, unosząc prawe ramię. Tadeusz znał ją na tyle, by wiedzieć, że w takich chwilach lepiej było się nie odzywać. Opanował ciekawość i patrzył. Na pięknej twarzy Alicji pojawił się znany mu uśmiech. Jego towarzyszka, nie opuszczając dłoni, skręciła w prawo i przeszła szybkim krokiem kilkanaście metrów. Zatrzymała się przy zbutwiałym pniu dawno ściętego drzewa. W jego korzeniach tkwiły omszałe kamienie, jakby drzewo wyrosło na miejscu starego grobu.

– Cofnij się, proszę – demonica rzuciła przez ramię. Fizyk posłusznie wykonał polecenie. Znużenie opuściło go, zastąpione przez narastającą ciekawość. Z odległości kilku kroków spoglądał, jak Alicja, której włosy zaczęły unosić się w znany mu sposób, powoli poruszała rękoma. Przypominało to jakiś dziwny balet. Ziemia pod stopami mężczyzny zadrżała delikatnie, a trawa wokół zafalowała, mimo że nie powiał nawet najlżejszy wiatr. Tadeusz dobrze znał ten stan.

Kamienie wokół pnia zaczęły chrzęścić i poruszać starym drewnem. Kilka wron nad ich głowami zerwało się do lotu, kracząc głośno nad koronami wysmukłych sosen. Stojąca przed nim demonica nie była już Alicją, zmieniła się w Alazzę, srebrnowłosą istotę o uwodzicielskich, ale drapieżnych rysach twarzy.

Tadeusz zastanawiał się, co kombinuje jego towarzyszka. Czy planowała ożywić jakieś starożytne ciało? Po co? A może czegoś szukała? Przez cały dzień nie powiedziała mu nic, uśmiechając się tylko i powtarzając „zobaczysz, to niespodzianka”.

Kilka kamieni niespodziewanie wystrzeliło w powietrze, z łomotem spadając tu i tam. Rzeczywiście, cofnięcie się było dobrym pomysłem. Spomiędzy korzeni zaczęły unosić się ledwo widoczne smugi ni to mgły, ni to dymu. Pod wpływem rozkazującego gestu Alazzy powoli formowały się w falujący obłok, z wolna przybierający kształt postaci. Tadeusz poczuł dreszcze na karku. Demonica przywoływała jakiegoś ducha albo upiora. Mężczyzna miał tylko nadzieję, że to coś, czymkolwiek było, nie rzuci mu się do gardła.

Las pogrążał się w wieczornym mroku. Blada istota unosiła się tuż nad ziemią, można było już dostrzec wyraźny zarys głowy i ramion, a nawet coś na kształt twarzy. Fizyk z ciekawością obserwował, jak zjawa formuje się w postać mężczyzny.

„Witaj, mój wierny sługo”, słowa demonicy zabrzmiały w umyśle Tadeusza, ale nie były skierowane do niego. „Dawno się nie widzieliśmy”.

„Zbyt… dawno… pani…”

„Wiem. Ale ja zawsze dotrzymuję słowa. Nawet jeśli musiałeś czekać szesnaście wieków.”

„To… tak… dawno…”, słowa w obcym języku, ale jednak zrozumiałe, brzmiały bardzo słabo w porównaniu z silnym głosem Alazzy.

„Pamiętasz jeszcze swoje imię?”

„Nie… pani… Tak… dawno…”

„Jesteś Karim, syn Rahmana. Pamiętasz?”

Zjawa zafalowała i na chwilę zalśniła mocniej, nabierając ostrości, jakby przypomniane imię dodało jej życia.

„Teraz… pamiętam…”

„Dobrze. Pamiętasz, po co cię wysłałam na północ?”

„Tak… pani… Wybacz… Nie… zdążyłem… Śmierć…”

„Zabili cię?”

„Walka… choroba… śmierć… Nie… zdążyłem… Wybacz… pani…”

„Wybaczam. Teraz to już bez znaczenia. A co z moim kindżałem?”

„Jest… ja… moje… ciało… Tutaj…”

„Jesteś wolny Karimie, synu Rahmana”, Alazza wykonała gest dłonią, jakby odprawiała służącego. „Uwalniam cię z twojej przysięgi. Możesz odejść.”

Zjawa uniosła się z westchnieniem i powoli, bardzo powoli zaczęła rozwiewać się w ciemności nocy. Jeszcze przez chwilę w powietrzu unosiły sie drobne smugi jasnej mgły, by zniknąć wraz z cichnącym jękiem ulgi. Tadeusz poczuł ustępujące napięcie, kiedy odchodząca dusza znikała w mroku.

Tymczasem Alazza odwróciła się w stronę zapadniętego kurhanu i pochyliła nad pniem. Grunt znów zadrżał, tym razem mocniej i dłużej. Kamienie chrzęściły pod mchem, posłuszne woli demonicy. Wreszcie coś ciemnego wysunęło się z ziemi. Alazza sięgnęła po podłużny przedmiot, otrzepując go z resztek piasku i mchu.

– Biedny Karim – mruknęła już całkowicie ludzkim głosem, przyglądając się zakrzywionemu sztyletowi w dziwnej, chropowatej pochwie. – Tyle czasu uwięziony… Chyba powinno mi być go żal.

Jej włosy opadły, przybierając znów ciemny kolor. Tadeusz dopiero teraz, po omacku podszedł do demonicy.

– Wyjaśnisz mi, o co chodzi? – znów poczuł wilgotne zimno październikowej nocy.

– Tak – Alicja odwróciła się z figlarnym uśmiechem. – Znalazłam to, co chciałam. Karim był asasynem w służbie jednej ze świątyń w Persji. Wysłałam go z misją zgładzenia pewnego kapłana renegata, który postanowił zdradzić to, czego nie powinien. Jak widać, Karim dotarł aż tutaj, ale nie wykonał zadania. Sztylet do dzisiaj więził jego duszę.

– Skąd wiedziałaś, że będzie tutaj?

– Nie wiedziałam – wzruszyła ramionami. – Ale ten kindżał wołał mnie od jakiegoś czasu. Bardzo słabo i nawet nie wiedziałam z początku o co chodzi, ale wreszcie przypomniałam sobie starą historię ze zdrajcą. No i postanowiłam go odszukać. Przy okazji uwolniłam Karima. Wystarczająco odpokutował za niewykonanie zadania.

– Naprawdę pozwoliłaś mu odejść? Ty?

– Cenię sobie lojalność. A on był lojalny do samego końca.

– Dobrze. A co z tą niespodzianką? – Siekierski zapiął kurtkę. Naprawdę robiło się zimno.

– Aleś ty niecierpliwy – Alazza podeszła do fizyka, tak blisko, że widział delikatny, koci blask jej oczu. – Za tydzień masz urodziny, prawda?

– No… mam. I co z tego? – odparł niepewnie.

Demonica ujęła jego dłoń i delikatnie położyła na niej starożytny kindżał.

– No to wszystkiego najlepszego, Tadeuszu. Myślę, że ten prezent przypadnie ci do gustu…

Wrocław, październik 2017

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s